Jak rodziła się nienawiść do Żydów. Od średniowiecznych memów do inżynierii Stalina
Obecnie znajduje się ono w zbiorach Kunstmuseum Basel w Szwajcarii.
Obraz stanowił część rozproszonego dzisiaj Ołtarza Zwierciadła Zbawienia (Heilsspiegelaltar). Program ikonograficzny tego ołtarza zestawiał ze sobą sceny ze Starego i Nowego Testamentu. Cały ołtarz w swojej pierwotnej, fizycznej formie nie istnieje od kilkuset lat. Ołtarz został rozproszony i pocięty na pojedyncze deski. Dodatkowo malowidła znajdowały się po obu stronach skrzydeł ołtarza (na awersach i rewersach). Aby sprzedać je jako osobne obrazy sztalugowe, deski te w późniejszych wiekach dosłownie rozpiłowano wzdłuż na pół, oddzielając tył od przodu. Do naszych czasów przetrwało 11 dwustronnych kwater (czyli 22 pojedyncze obrazy). Większość z nich (w tym Synagoga i Ecclesia) znajduje się w Kunstmuseum Basel, a pojedyncze sztuki trafiły do muzeów w Dijon i Berlinie.
Gdy zamykano skrzydła ołtarzowej szafy, na zewnątrz, w górnych skrajnych polach znajdowały się dwa malowidła: z lewej „Ecclesia” (Kościół), z prawej „Synagoga”. Kościół rzymski symbolizowała kobieta w różowej szacie, synagogę kobieta w żółtej.
Według symboliki zachodniej, żółć to kolor wyklęty. Żółtymi wstążkami, opaskami i innymi znakami, piętnowano prostytutki, żony katowskie, matki niepoślubione, oraz zdrajców, heretyków i… Żydów. Złamane berło Synagogi symbolizowało upadek, klęskę religii żydowskiej. Z takim berłem przedstawiano Synagogę również na rozbudowanych Krucyfiksach, gdzie Ecclesia jest zawsze po prawej stronie Chrystusa, a Synagoga po lewej, ponieważ w chrześcijańskiej ikonografii lewica symbolizowała zło.
Tak opisał ten obraz, w „Malarstwie Białego Człowieka”, historyk sztuki, pisarz, Waldemar Łysiak. Cytuję z pamięci, więc tekst może nie być dosłowny, za co pana Łysiaka, "just in case" przepraszam…
"Twarz Żydówki na obrazie Witza, to twarz psychologiczna. Właściwie tragiczna, pełna smutku i bólu. Jej rysy, jak oblicze Kasandry emanują pamięcią o katastrofach i zapowiedź jeszcze gorszych katastrof. Co było i co będzie. Wspomnienia holocaustów, plus proroctwo Holocaustu. Trauma w stanie czystym.
Za tą kobietą są już wielkie eksterminacje angielskich i francuskich Żydów. Przed nią następne pogromy i wypędzenia. Z Anglii w 1291, z Francji w 1394, z Hiszpanii w 1492. Największe było to hiszpańskie, ponieważ Hiszpanie postanowili „rozwiązać tą kwestię” w radykalny sposób. I tu mała ciekawostka numerologiczna. Przestawcie dwie środkowe cyfry w dacie 1492 i otrzymacie 1942. To dzień, w którym na konferencji, w siedzibie Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy RSHA, Niemcy podjęli decyzję o „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”.
Jej powieki przymknięte, jak do płaczu, kryją wzrok, który proroczo widzi Hiszpanię Inkwizytorów, widzi Ukrainę i jej czarne sotnie, widzi też ojczyznę potomków Goethego. Gdy ja zamykam wzrok, patrząc na tą kobietę, widzę nagie dzieci przytulone do nagich matek, w pojemnych łaźniach, z otworami w suficie dla cyklonu. Zapewne hitlerowska komora gazowa oferowała dzieciom łagodniejszą śmierć niż komora brzuszna milionów aborcyjnych matek, lecz kiedy stoję przed Synagogą, myślę tylko o tamtym. Lub o tych 52 żydowskich malcach z sanatorium w dolinie rzeki Teberdy na Kaukazie, których kopniakiem wbito do samochodu, a ten samochód był komorą gazową. Niewiele większą od tej celi na obrazie Witza (…)
Powiedziałem już, że kobieta na desce Synagogi ma twarz cierpiącą, a więc psychologiczną (…) Jest senna jak wieczność, której żaden ból i żadna zbrodnia nie mogą obudzić, gdyż dokonały się już liczbą, przy której matematyczna nieskończoność rumieni się ze wstydu. Jakie to łatwe zabić, kiedy ma się sensowny powód do tego. Zabić Murzyna, bo jest „czarnuchem”, zabić fabrykanta, bo jest „wyzyskiwaczem”. Zabić człowieka kąpiącego się codziennie, bo jest „burżujem”, Serba, bo jest Serbem, Chorwata, bo jest Chorwatem, Polaka, bo jest Polakiem, Żyda, bo jest Żydem (…), wyznawcą innych bóstw i śle modły pod fałszywym adresem, nie tam, gdzie należy.
„Dwóch Żydów utopiłem w łaźni, trzech zabiłem łopatą węglową, dwóch rzuciłem do kanału ściekowego, a jednemu tak długo stałem na gardle, aż umarł. Pewnego Żyda wrzuciłem do pieca i tam zniknął” – gawędzi emerytowany esesman Max Kramer… Ona to słyszy. Prawą ręką dźwiga żydowskie tablice mądrości, które nikogo nie uchroniły przed zagładą, w lewej trzyma proporczyk, ze złamanym drzewcem, jak fatum. Usta ma lekko rozchylone – za mało do śpiewu, wystarczająco do nucenia i zawodzenia, prawie bezgłośnego. Ja słyszę ten cichy szept. Dobiega z wielkiej studni, z otchłani, w której Ecclesia i Synagoga mają wspólnych rodziców… Boże Abrahama, Izaaka i Jakuba… … … "
Skąd się to w ogóle wzięło i dlaczego zacząłem od pokazania tego właśnie obrazu? Otóż przez całe stulecia w chrześcijańskiej sztuce średniowiecznej obowiązywał sztywny schemat ikonograficzny zwany Ecclesia i Synagoga. Tradycyjnie Synagoga (personifikacja judaizmu) była przedstawiana z opaską na oczach (łac. synagoga caeca – ślepa synagoga), co miało w teologii chrześcijańskiej symbolizować „duchową ślepotę” – brak zdolności lub wręcz uparte odrzucenie rozpoznania w Jezusie Mesjasza.
Najsłynniejsze i najbardziej wpływowe przedstawienia tego motywu powstały w XIII wieku. Są na fasadach wielkich katedr: w Strasburgu, Bambergu, Reims czy Notre-Dame w Paryżu. Katedra w Strasburgu, rzeźba gotycka. Ecclesia stoi dumna, w koronie, patrząc śmiało naprzód. Obok niej stoi Synagoga: jej głowa jest dramatycznie pochylona, opaska na oczach jest gruba i ciasno zawiązana, jej włócznia pęka w kilku miejscach, a z dłoni wypada bezwładnie zwój Tory. Rzeźbiarz nadał Synagodze niesamowity wdzięk i tragizm, ale przekaz na portalu wejściowym, obok którego przechodzili wierni, był jasny: judaizm jest ślepy i pokonany.
W iluminowanych manuskryptach (książkach przepisywanych przez mnichów) motyw ten przybierał znacznie bardziej agresywne, wręcz karykaturalne formy. Na wielu miniaturach (np. w niemieckich kodeksach z XIV wieku) opaska na oczach Synagogi nie jest zwykłym kawałkiem materiału. Często jest to żywy wąż, który oplata jej głowę i zasłania oczy, co miało wprost sugerować wiernym, że judaizm jest pod wpływem Szatana. W niektórych manuskryptach Ecclesia nie tylko stoi obok, ale wręcz włócznią zrzuca koronę z głowy Synagogi lub fizycznie ją popycha.
Witz zrobił to inaczej?
Konrad Witz działał w Bazylei w czasie, gdy odbywał się tam wielki Sobór Powszechny (1431–1449). Miasto tętniło dyskusjami teologicznymi, humanizmem i nowymi prądami myślowymi. Witz, ponieważ był geniuszem, odrzucił prymitywną propagandę. Zamiast przedstawić Synagogę jako „pokonanego wroga”, pokazał ją jako kobietę przeżywającą wewnętrzny, głęboki kryzys. Jej zamknięte oczy nie krzyczą: „jestem ślepa!”, lecz mówią: „mój czas minął, a ja zostaję sama ze swoim bólem”. Dlatego dzieło Witza jest uważane za jeden z punktów zwrotnych w sztuce europejskiej. Większość ówczesnych artystów nie miała w sobie empatii Konrada Witza. Używali tego motywu jako brutalnego narzędzia propagandy, które miało pokazać wyższość chrześcijaństwa i całkowite poniżenie judaizmu. A co właściwie Witz zrobił tu inaczej?
1. Drzewce jest tylko nadłamane
2. Napisy na proporcu imitują hebrajszczyznę, u innych, to były często bardzo obraźliwe hasła, zwykle po łacinie
3. Zamknięte oczy, brak opaski na oczach
Teraz popatrzmy na przedstawienie Kościoła „Ecclesia” (powyżej). Oczy otwarte, wzrok skierowany pewnie przed siebie, szaty w czerwieni i czerni, symbol królewskiej władzy i dostojeństwa. Kielich z Hostią, stabilny prosty krzyż, dumna, władcza, pewnie stoi na ziemi… Ecclesia była często przedstawiana, jako dumna królowa, ze sztandarem, i w koronie na głowie. Zupełnie, jak później Joanna D’arc.
Dla chrześcijańskich teologów XV wieku sprawa była jasna: z chwilą śmierci Chrystusa na krzyżu, Stare Przymierze (judaizm) zostało wypełnione i zastąpione przez Nowe Przymierze (chrześcijaństwo). Pęknięty w połowie proporzec to dosłowna wizualizacja tej cezury – nadejście nowego porządku świata, w którym dawne instytucje religijne tracą swoją pierwotną moc. Na obrazach niderlandzkich i włoskich, często z ramion krzyża wyrastają żywe ludzkie ręce. Prawa ręka krzyża błogosławi Ecclesię, nakłada jej koronę na głowę i podaje klucze do nieba. W tym samym czasie lewa ręka krzyża dzierży miecz, którym zadaje cios Synagodze, jadącej na ośle lub staczającej się w przepaść. (!!!)
To jeden z największych i najbardziej bolesnych paradoksów w historii europejskiej cywilizacji. Przez ponad tysiąc pięćset lat dominująca kultura chrześcijańska potrafiła pogodzić centralne przykazanie Chrystusa o miłości bliźniego (i wroga) z głęboką pogardą, wykluczeniem, a często fizyczną przemocą wobec społeczności żydowskiej. Ludzie tamtej epoki nie uważali, że łamią naukę Jezusa. Wymyślili system teologiczny, który to postępowanie usprawiedliwiał. Opierał się on na trzech głównych filarach:
1. Teologia Zastąpienia (Supersesjonizm)
Chrześcijańscy myśliciele uformowali doktrynę mówiącą, że Kościół w całości zastąpił Izrael jako „Nowy Lud Boży”. Twierdzono, że ponieważ Żydzi odrzucili Jezusa, Bóg zerwał z nimi stare przymierze i odebrał im swoje błogosławieństwo. Uważano, że nędza, prześladowania i rozproszenie Żydów po świecie nie są dowodem na okrucieństwo chrześcijan, ale „żywym dowodem” na karę boską. Zamiast współczucia, nędza ta budziła w średniowiecznym człowieku poczucie, że realizuje się sprawiedliwość dziejowa.
2. Ignorowanie ostrzeżeń św. Pawła
Co najbardziej zdumiewające, w samym Nowym Testamencie znajduje się tekst, który bezpośrednio zakazywał takiego myślenia. W Liście do Rzymian (rozdział 11) apostoł Paweł użył metafory drzewa oliwnego: Pisał, że chrześcijanie z narodów pogańskich są jedynie „dziką gałązką” wszczepioną w stary, żydowski pień.
Rzucił jasne ostrzeżenie: „Nie wynoś się nad gałęzie! [...] Nie ty podtrzymujesz korzeń, lecz korzeń ciebie”. Podkreślił też, że dary i powołanie Boże dla Żydów są nieodwołalne.
Przez stulecia oficjalna teologia w dużej mierze spychała te słowa na margines. Skupiano się na fragmentach Ewangelii opisujących spory Jezusa z faryzeuszami, z których błędnie wyciągano wniosek, że wszyscy Żydzi po wsze czasy są winni śmierci Chrystusa.
3. Dehumanizacja poprzez sztukę i brak edukacji
Średniowiecze było epoką ludzi niepiśmiennych. Ich Biblią były rzeźby na portalach kościołów i witraże. Jeśli zwykły człowiek od dziecka widział na murach katedry dumną, piękną chrześcijańską królową oraz zgarbioną, ślepą i opętaną przez węża Synagogę, kodowało to w jego psychice głębokie przekonanie, że Żydzi są gorsi z woli samego Boga.
Kiedy nastąpił przełom?
Musiały minąć stulecia i dojść do największej katastrofy w historii – Holokaustu (Szoah) w XX wieku – aby Kościoły chrześcijańskie uświadomiły sobie, do jak potwornych skutków doprowadził ten trwający wiekami wizualny i teologiczny antysemityzm.
Dopiero w 1965 roku podczas Soboru Watykańskiego II Kościół katolicki wydał dokument „Nostra aetate”. Oficjalnie i ostatecznie, odrzucono w nim oskarżanie Żydów o śmierć Jezusa, potępiono wszelki antysemityzm i przywrócono pawłową naukę o tym, że przymierze Boga z Żydami nigdy nie wygasło.
W ramach zadośćuczynienia i symbolicznej zmiany myślenia, w 2015 roku na uniwersytecie w Filadelfii (USA) odsłonięto nową, współczesną rzeźbę zatytułowaną „Synagoga i Ecclesia w naszych czasach”. Przedstawia ona dwie piękne kobiety w koronach, które siedzą ramię w ramię, tulą się do siebie i wspólnie, z ogromną czułością, studiują święte zwoje. Pomnik ten pobłogosławił osobiście papież Franciszek.
To, co Konrad Witz intuicyjnie przeczuwał w 1435 roku – zastępując opaskę na oczach ludzkim odruchem zamknięcia powiek ze smutku i rezygnując z agresji – oficjalna teologia chrześcijańska była w stanie w pełni przyjąć i zwerbalizować dopiero ponad 500 lat później.
Niestety, zestawienie Ecclesia i Synagoga było zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Średniowieczna i nowożytna Europa wypracowała cały system wizualnych motywów, których jedynym celem było dehumanizowanie Żydów, budzenie do nich wstrętu oraz usprawiedliwianie przemocy. Sztuka sakralna była wówczas jedynym masowym medium, więc motywy te działały jak dzisiejsza, agresywna propaganda.
Do najbardziej destrukcyjnych i powszechnych motywów antysemickich należały:
1. Judensau (Żydowska Maciora)
To jest bez wątpienia najbardziej wulgarny, obsceniczny i nienawistny motyw w historii sztuki europejskiej. Pojawił się w XIII wieku w Niemczech i polegał na przedstawianiu Żydów w intymnych, poniżających sytuacjach z lochą (świnią). Płaskorzeźby przedstawiały żydowskich mędrców i dzieci ssące sutki świni, zaglądające pod jej ogon lub ujeżdżające ją. Ponieważ świnia jest w judaizmie zwierzęciem nieczystym (niekoszernym), motyw ten miał wyszydzić ich religię. Przedstawiał Żydów jako istoty brudne, pozbawione ludzkiej godności i moralnie zdegenerowane. Te rzeźby wciąż fizycznie znajdują się na murach kilkudziesięciu kościołów w Niemczech (m.in. w Wittenberdze, Ratyzbonie czy Kolonii), wywołując do dziś ogromne debaty prawne i moralne. Oto lista miejsc:
Bazylea (katedra)
Brandenburg an der Havel (katedra)
Cadolzburg
Colmar (katedra św. Marcina)
Eberswalde
Erfurt (katedra)
Heilsbronn (katedra)
Kolonia (katedra)
Lemgo (St Marien)
Magdeburg (katedra)
Metz (katedra)
Norymberga (kościół św. Sebaldusa)
Ratyzbona (katedra)
Remagen (brama)
Uppsala (katedra)
Wiener Neustadt
Wimpfen (kościół św. Piotra)
Wittenberga (kościół), Xanten (katedra)
Zerbst/Anhalt (kościół św. Mikołaja)
Skąd w ogóle wziął się ten chory pomysł "Żydowskiej maciory"?
Pojawił się po raz pierwszy na przełomie XII i XIII wieku w rejonie niemieckojęzycznym (najstarsza znana płaskorzeźba pochodzi z Katedry w Kolonii z ok. 1210 r.) i zrodził się ze zwykłej złośliwości. Chrześcijanie doskonale wiedzieli, że dla Żydów świnia to zwierzę absolutnie nieczyste, którego nie wolno im dotykać ani jeść, zgodnie z prawem Mojżeszowym. Połączenie wizerunku pobożnego Żyda ze świnią było więc celowym zabiegiem mającym wywołać maksymalne upokorzenie, obrzydzenie i odarcie z ludzkiej godności. Była to XV-wieczna odmiana dzisiejszego internetowego „mema” nienawiści – prosta, wulgarna grafika, którą zrozumie nawet najbardziej niewykształcony człowiek.
2. Mit o „mordzie rytualnym”
Od XII wieku w Europie szerzyła się potworna, wyssana z palca plotka, jakoby Żydzi porywali chrześcijańskie dzieci, by torturować je i upuszczać z nich krew do wyrobu macy. Sztuka natychmiast podchwyciła ten temat. Kościoły i kaplice fundowały wielkie obrazy i freski przedstawiające rzekome męczeństwo dzieci. Żydzi na tych obrazach byli malowani ze srogimi, sadystycznymi wyrazami twarzy, najczęściej otaczający bezbronne, jasnowłose dziecko. No i te obrazy działały jak zapalnik. Gdy w okolicy ginęło dziecko, rozwścieczony tłum, pamiętający sceny z kościelnych malowideł, ruszał na dzielnice żydowskie, i urządzał rzeź. Nazywaną też pogromem, ponieważ nie oszczędzano nikogo. W szale, mordowano też kobiety i dzieci, a nawet jak się trafił jakiś nie-Żyd, to nikt nie sprawdzał jego tożsamości.
3. „Profanacja Hostii”
Kolejny wymyślony motyw oskarżał Żydów o wkradanie się do kościołów, wykradanie konsekrowanych hostii i ich torturowanie. Seryjnie malowano obrazy, na których Żydzi kłują nożami lub szpilkami opłatek, a z opłatka w cudowny sposób zaczyna tryskać krew. Miało to utwierdzić chrześcijan w przekonaniu, że Żydzi doskonale wiedzą, iż Jezus jest Bogiem, ale robią mu na złość z czystej, wręcz demonicznej nienawiści.
Na dodatek, na skutek błędnego tłumaczenia Biblii przez św. Hieronima (pomylił hebrajskie słowo oznaczające „promienie światła” ze słowem „rogi”), Mojżesza zaczęto przedstawiać z rogami na głowie.
Mojżesz - rzeźba Michała Anioła
Choć na początku nie miało to złej intencji, z czasem w oczach ludu upodobniło to proroka – a wraz z nim całą kulturę żydowską – do postaci diabelskich. Żydów też przedstawiano w postaci sowy. W średniowiecznych atlasach zwierząt (tzw. bestiariuszach) sowa była symbolem zła, ponieważ jest to ptak, który żyje w ciemności i ucieka przed światłem słonecznym. Kościół zaczął więc używać sowy jako metafory Żydów, którzy „woleli pozostać w ciemnościach Starego Zakonu i uciekali przed światłem Ewangelii”. Sowa na marginesach manuskryptów często była atakowana przez inne, „chrześcijańskie” ptaki, które oczywiście „zadziobywały sowę na śmierć”. Jakież to wszystko „Chrystusowe”…
Płaskorzeźba "Przemienienie Pańskie" z 1498 r. znajdująca się w Ratuszu Staromiejskim w Toruniu
Sztuka tamtych czasów rzadko bywała neutralna. Podczas gdy Konrad Witz szukał w swojej Synagodze ludzkiego dramatu i melancholii, większość jego współczesnych tworzyła obrazy, które przez wieki budowały w Europejczykach lęk i nienawiść.
Tu powstaje bardzo ważne pytanie, które i ja sobie ostatnio często zadawałem, skąd to się wszystko brało, bo ten poziom nienawiści musiał skądś wypływać, on nie brał się z próżni ani tym bardziej, z samej istoty Ewangelii.
To nie było tak, że cały chrześcijański Kościół myślał w ten sam sposób. W tamtych czasach istniały gigantyczne pęknięcia między oficjalną teologią watykańską, interesami królów, a lokalnymi, radykalnymi kaznodziejami.
Nienawiść do Żydów nie była zjawiskiem powszechnym, ani spontanicznym. Stały za nią trzy konkretne grupy interesu, z których każda miała w tym swój cel:
1. Władcy i dłużnicy (Motyw czysto finansowy)
To jeden z najważniejszych i najbardziej cynicznych powodów. W średniowieczu Chrześcijanom oficjalnie zabronione było pożyczanie pieniędzy na procent (uważano to za grzech lichwy). Żydzi, którym z kolei zakazano posiadania ziemi i przynależenia do cechów rzemieślniczych, nie mieli wyjścia – stali się bankierami Europy. Królowie, książęta i bogaci mieszczanie pożyczali od Żydów gigantyczne sumy na wojny i wystawne życie. Gdy długi rosły zbyt mocno, najprostszym sposobem na ich „anulowanie” było wzniecenie antysemickich nastrojów. Władca pozwalał tłumowi na pogrom lub oficjalnie wypędzał Żydów z kraju (tak stało się m.in. w Anglii w 1290 r. i Francji w 1306 r.). Długi znikały, a majątek wygnanych przejmowała korona. Przypomnę, że dokładnie to samo zrobił król Filip Piękny, z Templariuszami.
2. Radykalni, ludowi kaznodzieje
Choć papieże w Rzymie wielokrotnie wydawali oficjalne bulle zakazujące krzywdzenia Żydów i potępiające mity o „mordach rytualnych”, na samym dole hierarchii kościelnej działo się coś zupełnie innego. Po Europie krążyli wędrowni mnisi i lokalni, samozwańczy kaznodzieje, często zwykli wydrwigrosze i oszuści, którzy budowali swoją popularność na radykalizmie. Używali obrazów takich jak Judensau, by straszyć ludzi piekłem, grzechem i „wewnętrznym wrogiem”.
Najbardziej tragicznym przykładem z późniejszego okresu jest sam Marcin Luter. Choć rozpoczął reformację protestancką, pod koniec życia stał się zajadłym antysemitą. Napisał wprost książkę „O Żydach i ich kłamstwach” (1543), w której z zachwytem opisywał płaskorzeźbę Judensau z kościoła w Wittenberdze i wzywał do palenia synagog. A więc znów, protestanci i kolejna ich zbrodnia, którą obciążyli później Kościół Katolicki (obok palenia ludzi na stosach).
Średniowieczne społeczeństwo żyło też w ciągłym strachu przed zarazami, głodem i wojnami. Gdy działo się coś złego, ludzie potrzebowali prostego wyjaśnienia. Ponieważ społeczności żydowskie żyły osobno, miały inne obyczaje i często (dzięki surowej higienie rytualnej) rzadziej chorowały podczas epidemii, łatwo było wskazać ich jako winnych. Sztuka sakralna dawała ludziom „dowód” na to, że Żydzi spiskują z diabłem.
Aby oddać sprawiedliwość historii: w Kościele chrześcijańskim istniał potężny nurt, który z tym walczył. Papież Grzegorz X (1272 r.) wydał słynny dokument, w którym pisał: „Ponieważ Żydzi nie mogą mieć chrześcijańskich świadków, zarządzamy, że zeznania chrześcijanina przeciwko Żydowi są nieważne, jeśli nie ma drugiego, żydowskiego świadka”. Papież wprost zakazał oskarżania ich o mordy rytualne, nazywając te opowieści kłamstwem. Niestety, w czasach bez internetu i telewizji, mądre i humanitarne listy papieskie pisane po łacinie zostawały w bibliotekach. Do wyobraźni mas trafiały brutalne, kamienne rzeźby na murach lokalnych kościołów.
Później przyszło oświecenie i rewolucja francuska. Z jednej strony, ideologowie (wolałbym nie używać słowa „filozofowie”, bo to po prostu byli twórcy pewnej zbrodniczej ideologii) oświeceniowi, tacy jak Voltaire, Diderot, czy Kant, niby piętnowali przesądy i walczyli o wolność sumienia, o tolerancję, ale głosili też zjednoczenie ludzi pod dyktatem nauki i rozumu, a tego się nie dało pogodzić z religią. Z żadną religią, a więc również z Judaizmem. Ci zbrodniarze uważali tradycyjne zwyczaje żydowskie (koszerność, szabat, osobny ubiór, posługiwanie się językiem jidysz) za „zacofane i zabobonne”. Niby bronili praw Żydów jako ludzi, ale jednocześnie oczekiwali, że w zamian Żydzi porzucą swoją odrębność kulturową i całkowicie rozpłyną się w społeczeństwie. Kant wprost pisał, że spodziewa się „eutanazji judaizmu” po tym, jak Żydzi uzyskają równe prawa. Rzecz jasna, Żydzi Judaizmu nie porzucili, więc stali się takim samym obiektem prześladowań, jak Chrześcijanie.
Gdy w 1789 roku wybuchła rewolucja francuska, uchwalono Deklarację Praw Człowieka i Obywatela. Przyniosła ona hasła: Wolność, Równość, Braterstwo, które okazały się tylko pustymi hasłami, ale mniejsza z tym… Francja stała się pierwszym krajem w Europie, który oficjalnie przyznał Żydom pełne obywatelstwo i zrównał ich w prawach z Chrześcijanami. Jednakże, Żydzi przestali być traktowani jako odrębna grupa prawna, która rządzi się swoimi prawami. Autonomia gmin żydowskich została zlikwidowana, zlikwidowano sądy rabinackie. Od tej pory Żyd w Paryżu nie był już członkiem „Narodu Żydowskiego” podlegającym prawu Mojżeszowemu, lecz „obywatelem francuskim wyznania mojżeszowego”. Państwo oczekiwało od niego, że jego główną i jedyną tożsamością będzie lojalność wobec Republiki Francuskiej.
Oświecenie i rewolucja francuska przyniosły więc Żydom upragnioną wolność, wyjście z gett i możliwość studiowania oraz wykonywania dowolnych zawodów. Tylko za jaką cenę? Niestety, to właśnie ta nowo zdobyta wolność zrodziła nową wersję antysemityzmu, z którą ludzkość mierzy się do dziś. Kiedy Żydzi opuścili getta, zaczęli błyskawicznie odnosić sukcesy w nauce, medycynie, prawie, dziennikarstwie i biznesie. Dawny, chrześcijański antysemityzm oparty na religii („nienawidzę ich, bo nie wierzą w Jezusa”) zaczął słabnąć. Pojawił się za to antysemityzm nowoczesny, narodowo-ekonomiczny („nienawidzę ich, bo konkurują ze mną w pracy, mają inne obyczaje, a ich sukcesy są podejrzane”). To właśnie wtedy zaczęły rodzić się teorie spiskowe o „tajnych żydowskich rządach” czy „międzynarodowej finansjerze”. Oczywiście, istnieją tajne rządy i międzynarodowa finansjera, istnieją gdzieś globaliści, którzy pociągają za wszystkie sznurki, choć sami są niewidzialni, i TAK, są wśród nich Żydzi..!
Ale to są po prostu jacyś ludzie opętani przez szatana. Nie – Źli, bo są Żydami – tylko źli, bo są źli! Zresztą rolę światowego przywódcy powoli przejmują ci, którzy mają pieniądze, a więc Arabowie, ze swoimi złożami ropy i złotem. Jeśli w ogóle istnieje jakaś grupa trzymająca władzę, to można ją zidentyfikować organizacyjnie, można powiedzieć, że to są masoni, albo neomarksiści, ale nie narodowościowo. Nie możemy powiedzieć, że to są Żydzi, Niemcy, czy Rosjanie. Bo to jest zwyczajnie niesprawiedliwe.
A później przyszła druga wojna światowa. Nienawiść samego Adolfa Hitlera nie zdołałaby doprowadzić do Zagłady sześciu milionów Żydów, gdyby nie głęboko zakorzeniony, powszechny antysemityzm oraz przerażająca obojętność milionów „zwykłych” ludzi. Hitler nie byłby w stanie zrobić tego wszystkiego sam. Żeby dokonać masowego mordu na taką skalę, potrzebna była współpraca setek tysięcy urzędników, maszynistów pociągów, architektów projektujących obozy, policjantów, żołnierzy oraz milionów sąsiadów, którzy donosili lub po prostu odwracali wzrok.
Hitler trafił na podatny grunt. W latach 20. i 30. Niemcy leżały w ruinie gospodarczej po I wojnie światowej. Było gigantyczne bezrobocie, bieda i poczucie upokorzenia. Naziści dali ludziom najprostszą możliwą odpowiedź: „To nie wasza wina. To wina Żydów i komunistów, którzy wbili nam nóż w plecy”. Ludzkie sfrustrowanie i strach zamieniono w zorganizowaną nienawiść. Jednym z najtragiczniejszych momentów historii, który był zapowiedzią horroru wojny i takich miejsc, jak Oświęcim, była Noc Kryształowa (Kristallnacht) z 9 na 10 listopada 1938 roku. Naziści spalili wtedy ponad 1400 synagog, zniszczyli tysiące żydowskich sklepów i domów oraz wymordowali setki Żydów. Zresztą nie tylko Żydów, ale w ogóle tych, którzy stali im (nazistom) na drodze.
Większość społeczeństwa, która nie brała czynnego udziału w pogromie, stała i patrzyła w milczeniu. Dlaczego? Część z nich uważała Żydów za „obcych” lub konkurentów ekonomicznych. Inni bali się terroru Gestapo. Jeszcze inni po prostu uznali to za „sprawy polityczne”, w które nie należy się mieszać. Najgorsze jednak było to, że milczą Chrześcijanie! Dlaczego chrześcijańska część społeczeństwa nie krzyczała? Ksiądz Pawlukiewicz powiedział, gdy go ktoś zapytał – czemu Bóg dopuścił do powstania obozów koncentracyjnych – że to nie Bóg je zbudował, ale ludzie, którzy mieli wolną wolę. Również ci, którzy kierując się tą wolną wolą, milczeli…
No i przez wieki (o czym rozmawialiśmy przy obrazach Witza) Kościoły chrześcijańskie uczyły, że Żydzi są „ślepi” i obciążeni winą za śmierć Chrystusa. Kiedy naziści zaczęli ich prześladować, wielu tradycyjnych chrześcijan podświadomie uważało, że... to po prostu kontynuacja „boskiej kary”. W Niemczech doszło do rozłamu. Powstał ruch tzw. Niemieckich Chrześcijan (Deutsche Christen), którzy otwarcie poparli Hitlera, próbowali usunąć Stary Testament z Biblii i twierdzili, że Jezus nie był Żydem…
Były jednak wyjątki, byli ludzie, którzy stawali po właściwej stronie i często przypłacali to życiem. Najbardziej znanym z nich był Dietrich Bonhoeffer – niemiecki pastor i teolog luterański. Już w 1933 roku, dwa dni po dojściu Hitlera do władzy, ostrzegał w radiu przed faszyzmem. Był jednym z nielicznych liderów duchowych, którzy głośno mówili: „Kto krzyczy na cześć Chrystusa, a milczy, gdy prześladowani są Żydzi, ten nie jest Chrześcijaninem”. Bonhoeffer założył podziemny antynazistowski Kościół, zaangażował się w ruch oporu, pomagał Żydom w ucieczkach, a w kwietniu 1945 roku został powieszony w obozie koncentracyjnym z osobistego rozkazu Hitlera.
Ludzie tacy jak on byli jednak w głębokiej mniejszości. Oficjalne hierarchie zarówno Kościoła katolickiego, jak i protestanckiego w Niemczech wybrały drogę dyplomacji, milczenia i ochrony własnych instytucji zamiast obrony mordowanych sąsiadów. Zrozumienie mechanizmu zagłady uczy nas jednego, przerażającego faktu:
Do zła na masową skalę nie potrzeba milionów potworów. Wystarczą miliony porządnych, cichych ludzi, którzy w kluczowym momencie odwrócą wzrok i uznają, że cudze cierpienie to „nie ich sprawa”.
A co było po wojnie? Waldemar Łysiak w swojej książce „Najgorszy”, pisze o tajnej sowieckiej operacji o kryptonimie „Czulent”, która polegała na skłóceniu Polaków z Żydami. Najprawdopodobniej, to fikcja literacka, choć kto wie, jak tam naprawdę było… W każdym razie, w oficjalnych, odtajnionych po upadku ZSRR archiwach sowieckich służb (NKWD, MGB, KGB) ani w dokumentach polskich (IPN) nie istnieje żadna operacja o takiej nazwie.
Łysiak, będąc wybitnym publicystą, ale i autorem powieści polityczno-historycznych (między innymi Trylogii Łotrzykowsko Heroicznej), użył pojęcia „Czulent” jako celnej metafory literackiej. Czulent to tradycyjny, żydowski gulasz, który dusi się bardzo wolno przez całą noc – pisarz posłużył się tą nazwą, by opisać „powolne pichcenie” nienawiści między Polakami a Żydami przez sowieckie służby. Choć sama nazwa jest fikcją, to intencja, którą Łysiak przypisuje Stalinowi, ma bardzo silne oparcie w realiach politycznych tamtej epoki. Stalin przede wszystkim, zaczął umieszczać Żydów, w aparacie terroru.
Faktem historycznym jest, że w powojennych strukturach polskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) – potocznie zwanego bezpieką – osoby pochodzenia żydowskiego zajmowały bardzo wiele kluczowych, kierowniczych stanowisk (tzw. stereotyp żydokomuny). Byli to ludzie tacy jak Jakub Berman, Hilary Minc, Roman Romkowski czy Anatol Fejgin.
Stalin oczywiście nie robił tego z sympatii do Żydów (sam pod koniec życia przejawiał skrajny antysemityzm, czego dowodem był m.in. sfingowany przez niego tzw. Spisek lekarzy kremlowskich z 1953 roku). Kierował się bezwzględnym, makiawelicznym cynizmem. Wykorzystywał komunistów żydowskiego pochodzenia z kilku kluczowych powodów:
1. Brak alternatywy i lojalność wobec Moskwy
Po wojnie Stalin potrzebował w Polsce ludzi, którzy bez mrugnięcia okiem narzucą sowiecki terror. Polskie elity przedwojenne (związane z AK czy rządem w Londynie) były antykomunistyczne. Z kolei polscy komuniści pochodzenia żydowskiego, którzy przetrwali wojnę w ZSRR, byli całkowicie lojalni wobec Moskwy. W Polsce nie mieli żadnego zaplecza społecznego ani rodzinnego – ich jedyną gwarancją przetrwania i władzy był Stalin. Byli więc idealnymi, bezwzględnymi wykonawcami rozkazów, bo nie musieli liczyć się z opinią polskiego społeczeństwa.
2. Zasada „Dziel i rządź” (Podsycanie antysemityzmu)
Stalin doskonale znał nastroje w Polsce. Wiedział, że jeśli Polacy – w większości katoliccy i tradycyjni – zobaczą, że nową, krwawą, komunistyczną władzę reprezentują i firmują swoimi nazwiskami Żydzi, to cały gniew społeczny za terror, tortury i aresztowania żołnierzy wyklętych skupi się na Żydach, a nie na samym komunizmie czy Moskwie.
W ten sposób Stalin upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu: zaprowadził w Polsce terror, a jednocześnie stworzył idealnego „kozła ofiarnego”. W razie buntu społecznego mógł zrzucić winę na „żydowskie odchylenie” w partii, co zresztą polscy komuniści koncertowo wykorzystali później, chociażby podczas czystek antysemickich w marcu 1968 roku.
3. Bezpiecznik na przyszłość
Stalin traktował tych ludzi jak narzędzia jednorazowego użytku. Gdy wykonali najczarniejszą robotę (zlikwidowali polskie podziemie niepodległościowe), stali się obciążeniem. Po śmierci Stalina w latach 50. wielu z tych żydowskich dygnitarzy bezpieki zostało odsuniętych od władzy, a niektórych (jak Romkowskiego) pokazowo osądzono za „łamanie praworządności”, co miało uspokoić polskie społeczeństwo i pokazać, że „partia oczyszcza się z obcych elementów”.
Waldemar Łysiak w swoich książkach ubrał ten mechanizm w atrakcyjne, sensacyjne szaty tajnej operacji „Czulent”. Choć sam dokument czy kryptonim to literacka kreacja, to sama mechanika działań Stalina była dokładnie taka, jak opisał autor: cyniczne wykorzystanie mniejszości narodowej do spacyfikowania kraju, przy jednoczesnym świadomym skierowaniu gniewu skrzywdzonego narodu na tę mniejszość. To było jedno z najbardziej demonicznych posunięć w historii XX-wiecznej inżynierii społecznej.
Rodzi się naturalne pytanie, czemu tak wielu Żydów znalazło się w szeregach komunistów? To jedno z najważniejszych pytań, bez którego nie da się zrozumieć tragicznej historii XX wieku w Europie Środkowo-Wschodniej. Przynależność wielu Żydów do ruchu komunistycznego (która później zrodziła propagandowy, krzywdzący stereotyp „żydokomuny”) była zjawiskiem masowym i bardzo realnym, ale nie wynikała z żadnego „tajnego spisku”.
Był to efekt bardzo konkretnych, tragicznych warunków społecznych, politycznych i ekonomicznych, w jakich Żydzi żyli w okresie międzywojennym. Złożyło się na to kilka kluczowych powodów:
1. Obietnica absolutnej równości (Świat bez antysemityzmu)
Dla młodego, wykształconego Żyda w latach 20. czy 30. XX wieku w Polsce, przedwojenny świat był pełen barier. Istniał tzw. numerus clausus (ograniczenia w dostępie do studiów wyższych), getta ławkowe na uniwersytetach, a nacjonaliści głośno nawoływali do bojkotu żydowskiego handlu.
W tym samym czasie komunizm przychodził z pięknym, utopijnym hasłem: „Nie ma bogatych i biednych, nie ma Polaków, Żydów ani Rosjan – wszyscy jesteśmy robotnikami i braćmi”. Komunizm obiecywał całkowite zniszczenie struktur narodowych i religijnych. Dla dyskryminowanej mniejszości wizja świata, w którym pochodzenie etniczne przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, była niesamowicie kusząca. Była to ucieczka przed codziennym antysemityzmem w ramiona ideologii, która obiecywała go zlikwidować.
2. Ślepa plama na totalitaryzm
Wielu lewicowych Żydów, patrząc na Związek Radziecki w latach 20. i 30., widziało tam (przez pryzmat propagandy) państwo, w którym Żydzi po raz pierwszy w historii mogli zostać ministrami, generałami, profesorami i urzędnikami państwowymi na równi z innymi. Byli zafascynowani tą nagłą modernizacją i emancypacją. Byli tak zaślepieni tą wizją, że przez długi czas całkowicie ignorowali krwawy terror Stalina, łagry i fakt, że sowiecki komunizm niszczył miliony niewinnych ludzkich istnienia – w tym także religijnych Żydów i kulturę hebrajską.
3. Strach przed faszyzmem (Wybór mniejszego zła)
W latach 30., gdy Adolf Hitler doszedł do władzy w Niemczech, a w całej Europie rosły w siłę skrajnie prawicowe i antysemickie dyktatury, Żydzi poczuli się śmiertelnie zagrożeni. Komuniści byli jedyną siłą polityczną, która definiowała faszyzm jako swojego śmiertelnego wroga. Dla wielu młodych ludzi wybór był prosty: po jednej stronie stał faszyzm, który chciał ich fizycznej eksterminacji, po drugiej komunizm, który oferował im walkę z faszyzmem. Z perspektywy tamtych czasów komunizm wydawał się jedyną tarczą obronną.
4. Tragedia wojny i ocalenie w ZSRR
Najważniejszy moment nastąpił w 1939 i 1941 roku. Żydzi, którzy znaleźli się pod okupacją niemiecką, zostali niemal w całości zgładzeni w Holokauście. Ci, którym udało się uciec na wschód, do Związku Radzieckiego (lub zostali tam wywiezieni w głąb Syberii), przeżyli. Kiedy w 1944 i 1945 roku Armia Czerwona szła na zachód, wyzwalając Polskę spod okupacji niemieckiej, ocalali Żydzi witali ją jako swoich autentycznych zbawców. Dla nich powrót do Polski na sowietach był powrotem do życia. Nic dziwnego, że to właśnie z tej grupy Stalin rekrutował ludzi do nowego, powojennego aparatu władzy w Polsce.
Ważne rozróżnienie: Elita a większość
Aby zachować pełną prawdę historyczną, trzeba pamiętać o jednej rzeczy, którą komunistyczna (a potem antysemicka) propaganda zawsze pomijała:
Chociaż Żydzi stanowili procentowo bardzo dużą część kierownictwa i elity partii komunistycznej (KPP przed wojną i PPR/PZPR po wojnie), to w skali całej społeczności żydowskiej komuniści byli znikomą mniejszością. Większość przedwojennych i powojennych Żydów była głęboko religijna (ortodoksyjna) lub związana z ruchem syjonistycznym (chcącym budować państwo Izrael) bądź „Socjalistycznym Bundem” (pełna nazwa: Powszechny Żydowski Związek Robotniczy w Polsce, na Litwie i w Rosji). Dla religijnego Żyda komunistyczny ateizm i walka z religią były czymś potwornym. Gdy komuniści przejęli władzę w Polsce, zamknęli synagogi, zakazali prywatnego handlu i prześladowali tradycyjnych Żydów dokładnie tak samo, jak polskich katolików.
Stalin jednak, grając kartą, o której mówiliśmy wcześniej, do struktur terroru (UB/MBP) wybrał właśnie tych zdogmatyzowanych, fanatycznych komunistów żydowskiego pochodzenia, tworząc idealną bombę zegarową, która wybuchła dwadzieścia lat później…
Kiedy system stalinowski uległ załamaniu (tzw. "Odwilż" w 1956 roku), partia musiała znaleźć winnych stalinowskiego terroru. Wykorzystano wtedy fakt silnej reprezentacji osób pochodzenia żydowskiego w aparacie ucisku, aby to ich obarczyć główną odpowiedzialnością za "błędy i wypaczenia", zdejmując tym samym odium z samej ideologii komunistycznej i rządu jako całości. To był pierwszy etap „zużywania” tej karty. W latach 60. wewnątrz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR) doszło do brutalnej walki o wpływy. Frakcja tzw. „partyzantów”, kierowana przez szefa MSW Mieczysława Moczara, dążyła do odsunięcia od władzy ekipy Władysława Gomułki.
Moczarowcy postanowili odwołać się do haseł narodowych i antysemickich, które były zakorzenione w części społeczeństwa. Bo tak było po prostu najłatwiej. Stworzyli narrację, wedle której dotychczasowe porażki gospodarcze PRL, cenzura i kryzysy były winą „obcych” (czyli Żydów) ukrytych w strukturach państwowych, na uczelniach i w mediach. „Karta żydowska” została więc zagrana jako najprostsze narzędzie do populistycznej mobilizacji i zdobycia popularności politycznej.
Bezpośrednim pretekstem do ostatecznego rozstrzygnięcia stała się wojna sześciodniowa na Bliskim Wschodzie (1967) oraz protesty studenckie w Warszawie (marzec 1968). Władze PRL, idąc za linią Moskwy, oficjalnie zerwały stosunki z Izraelem, a krytyków systemu w kraju nazwały „V kolumną” i „syjonistami”. Partia stworzyła absurdalny zlepek pojęciowy, łączący studentów walczących o wolność słowa, przedwojennych komunistów, pisarzy oraz „międzynarodowy syjonizm” w jeden wielki spisek przeciwko Polsce Ludowej. W rezultacie sterowanej przez państwo kampanii nienawiści, ponad 13 tysięcy obywateli polskich pochodzenia żydowskiego (lub tak zidentyfikowanych przez SB) straciło pracę, mieszkania i zostało zmuszonych do opuszczenia kraju z tzw. „dokumentem podróży”, który pozbawiał ich polskiego obywatelstwa.
Bomba zegarowa, o której rozmawialiśmy, polegała na tym, że władza komunistyczna najpierw celowo powiązała wizerunek mniejszości żydowskiej z najbardziej brutalnym okresem swoich rządów, a dwadzieścia lat później – gdy system potrzebował nowego legitymizmu i musiał rozładować społeczne niezadowolenie – wskazała tę samą grupę jako winowajców całego zła, po czym widowiskowo i bezwzględnie usunęła ich z życia publicznego.
Jak na tę kampanię zareagowało polskie społeczeństwo (czy plan Stalina i Moczara przyniósł zamierzony efekt nienawiści)?
Reakcja polskiego społeczeństwa na wydarzenia z Marca '68 była złożona, niejednorodna i pełna wewnętrznych pęknięć. Nie można mówić o jednej, solidarnej postawie Polaków – zamiast tego doszło do zderzenia empatii, strachu, konformizmu i celowo podsycanych resentymentów. Machina propagandowa i wiece: Władze PRL uruchomiły potężny aparat propagandowy. W fabrykach i zakładach pracy w całym kraju organizowano przymusowe tzw. „masówki” pod hasłami takimi jak „Syjoniści do Syjonu” czy „Pisarze do piór, studenci do nauki, kułacy do roli”. Wielu robotników brało w nich udział ze strachu przed utratą pracy, jednak część autentycznie uległa populistycznej narracji Moczara, która przekierowywała frustrację z powodu biedy i braków w zaopatrzeniu na „obcych”.
Obojętność i strach: Dla przeważającej części społeczeństwa, zwłaszcza poza dużymi ośrodkami akademickimi, Marzec '68 był odległym konfliktem na szczytach władzy i uniwersytetów. Ludzie żyli w permanentnym strachu przed bezpieką. Obawa przed oskarżeniem o sprzyjanie „wrogom Polski” paraliżowała odruchy solidarności.
Cichy konformizm i walka o posady: Kampania antysemicka otworzyła dla wielu przeciętnych, ale lojalnych wobec partii urzędników czy wojskowych, ścieżkę awansu. Zwalniane stanowiska po wyrzuconych Żydach były natychmiast zajmowane przez młodsze kadry „moczarowskie”.
Choć rzadkie i ryzykowne, istniały jednak przejawy odwagi. Polacy pomagali swoim żydowskim sąsiadom pakować dobytek, odprowadzali ich na Dworzec Gdański w Warszawie (symboliczne miejsce wyjazdów) i publicznie demonstrowali sprzeciw. Kościół Katolicki, reprezentowany m.in. przez kardynała Stefana Wyszyńskiego, potępił bicie studentów i stosowanie antysemityzmu w walce politycznej, choć Episkopat musiał zachowywać dużą ostrożność, by nie dać się wciągnąć w komunistyczną prowokację.
Wnioski: Plan Stalina i Moczara przyniósł zamierzony, destrukcyjny skutek. Udało się zasiać głęboką nieufność, zastraszyć społeczeństwo i skłócić środowiska inteligenckie z robotniczymi, co na kolejną dekadę opóźniło powstanie zorganizowanej opozycji antykomunistycznej.
Jaki wpływ Marzec '68 miał na polską kulturę i naukę, z której usunięto wybitne autorytety?
Dla polskiego życia intelektualnego czystki marcowe były prawdziwym upuszczeniem krwi i katastrofą cywilizacyjną, której skutki odczuwano przez pokolenia. Z kraju wyjechał kwiat polskiej humanistyki, nauki i sztuki. Z uniwersytetów (przede wszystkim z Uniwersytetu Warszawskiego) wyrzucono wybitnych profesorów i naukowców, często likwidując całe katedry i kierunki badawcze. Polskę musieli opuścić m.in. światowej sławy socjolog Zygmunt Bauman, wybitny filozof Leszek Kołakowski (choć nie był pochodzenia żydowskiego, został usunięty za poparcie studentów), ekonomista Włodzimierz Brus czy logik Janina Kotarbińska. W ich miejsce na uczelnie wkroczyli tzw. „docenci marcowi” – osoby bez dorobku naukowego, ale z właściwym poparciem partyjnym.
Czystki uderzyły w polską kinematografię i literaturę. Polskę opuściła Ida Kamińska, dyrektorka Teatru Żydowskiego w Warszawie i aktorka nominowana do Oscara. Wyrzucono wybitnych reżyserów i producentów filmowych (m.in. Aleksandra Forda, twórcę Krzyżaków). Książki autorów emigrujących lub protestujących (jak Antoni Słonimski) objęto całkowitym zakazem publikacji i wycofano z bibliotek.
To oznaczało wizerunkową katastrofę, o zasięgu międzynarodowym. Emigracja ponad 13 tysięcy obywateli – w tym lekarzy, inżynierów, naukowców i artystów – zniszczyła resztki wizerunku PRL na Zachodzie. Świat zobaczył, że dwadzieścia trzy lata po zakończeniu II wojny światowej i tragedii Holocaustu, w sercu Europy rząd komunistyczny oficjalnie stosuje rasistowskie i antysemickie metody rodem z systemów totalitarnych.
Komunistyczna partia, wyrzucając „żydowską kartę”, odcięła Polskę od jej wielokulturowego dziedzictwa i na lata sparaliżowała niezależną myśl naukową oraz artystyczną. Zarówno reakcja społeczeństwa, jak i straty w nauce pokazują, jak głębokie rany zadał Marzec '68.
Te ponure wydarzenia, niewątpliwie zamroziły, zniekształciły i utrwaliły antysemickie klisze, które do dziś rezonują w debacie publicznej w Polsce, choć współczesna niechęć nie jest wyłącznie ich prostym rezultatem. Historycy i socjologowie (np. dr hab. Michał Bilewicz, badacz antysemityzmu) wskazują, że wydarzenia te stworzyły specyficzny „kod kulturowy”, z którego dzisiejszy antysemityzm wciąż czerpie paliwo.
Najbardziej paradoksalnym skutkiem Marca ’68 było niemal całkowite usunięcie mniejszości żydowskiej z Polski (zostało zaledwie kilka tysięcy osób, głównie starszych). W efekcie w Polsce utrwalił się tzw. antysemityzm bez Żydów. Ponieważ realni Żydzi zniknęli z codziennego życia większości Polaków, postać „Żyda” w dyskursie antysemickim stała się abstrakcyjnym symbolem „tajemnej siły”, „obcego” lub „zdrajcy”. Do dziś (a zwłaszcza dziś) w polskiej debacie politycznej słowo „Żyd” bywa używane przez skrajne środowiska jako obelga wobec oponentów politycznych, dokładnie tak, jak moczarowska bezpieka tropiła „ukrytych syjonistów” w 1968 roku. Propaganda z 1968 roku opierała się na micie, że osoby pochodzenia żydowskiego nie są lojalnymi obywatelami Polski, lecz realizują interesy obcych mocarstw (wtedy Izraela i USA).
Współczesne teorie spiskowe w Polsce (np. te dotyczące roszczeń majątkowych, tzw. ustawy 447*, czy wpływu międzynarodowych organizacji na suwerenność Polski) posługują się niemal identyczną matrycą. Przekonanie, że polscy Żydzi lub Polacy krytyczni wobec rządu działają na zlecenie „zagranicznych ośrodków”, to bezpośrednia kalka z języka Marca ’68.
Przez to, że po 1968 roku temat ten stał się w PRL tabu, całe pokolenia Polaków wychowały się w niewiedzy o wielokulturowej historii własnego kraju oraz o roli Żydów w polskiej kulturze. Brak rzetelnej edukacji przez dekady sprawił, że po 1989 roku społeczeństwo nie było przygotowane na trudną dyskusję o historii, co ułatwiło odrodzenie się dawnych demonów. Dzisiejszy antysemityzm w Polsce ma też inne, starsze źródła (np. XIX-wieczny nacjonalizm czy przedwojenne resentymenty ekonomiczno-religijne). Jednak to Marzec ’68 dał współczesnemu antysemityzmowi gotową, nowoczesną infrastrukturę językową i mechanizmy spiskowe. To wtedy po raz pierwszy nowoczesne państwo użyło mediów masowych do zorganizowania nagonki na tę mniejszość, a pamięć o tym akcie przemocy po obu stronach granicy do dziś rzuca cień na wzajemne relacje.
*Wypadałoby wspomnieć parę słów o Stanisławie Michalkiewiczu, który jako wyrazisty publicysta i prawnik, przez lata zyskiwał uznanie po prawej stronie sceny politycznej za cięty język, bezkompromisową obronę wolnego rynku i trafną krytykę postkomunizmu. Jednak z czasem, mniej więcej od roku 2018, jego publicystyka została niemal całkowicie zdominowana przez radykalną i obsesyjną retorykę antysemicką. Osią, wokół której zbudował tę narrację, stała się właśnie amerykańska ustawa 447 (znana jako JUST Act).
Aby zrozumieć ten fenomen, warto oddzielić twarde fakty prawne od publicystycznego mitu, który wokół nich narósł. Czym naprawdę jest amerykańska ustawa 447 (JUST Act)?
Ustawa Justice for Uncompensated Survivors Today (JUST) Act została podpisana przez prezydenta Donalda Trumpa w maju 2018 roku. Akt ten jest elementem wewnętrznego prawa USA. Nie nakłada on na Polskę (ani na żadne inne państwo) żadnych sankcji, kar ani obowiązków finansowych. Ustawa zobowiązywała jedynie Departament Stanu USA do przygotowania jednorazowego raportu dla Kongresu na temat tego, jak 46 państw (sygnatariuszy tzw. Deklaracji Terezińskiej z 2009 roku) radzi sobie z restytucją mienia ofiar Holocaustu. Raport ten został opublikowany w 2020 roku i temat na poziomie amerykańskiej legislacji został zamknięty. Najbardziej kontrowersyjny zapis dotyczył tzw. mienia bezdziedzicznego (majątków osób, które zginęły w Holocauście, nie pozostawiając żadnych spadkobierców). Zgodnie z polskim kodeksem cywilnym (oraz prawem rzymskim, na którym opiera się cywilizacja zachodnia), jeśli obywatel danego państwa umiera bez spadkobierców, jego majątek automatycznie przechodzi na Skarb Państwa. Ustawa 447 sugerowała natomiast, by państwa przekazywały takie środki na pomoc ocalałym z Holocaustu lub na cele edukacyjne. Polskie władze słusznie stały na stanowisku, że tworzenie wyjątków prawnych opartych na kryterium etnicznym byłoby złamaniem podstawowych zasad prawa.
Mit Michalkiewicza: „300 miliardów dolarów i okupacja”
Suma wzięta z sufitu: Michalkiewicz i powiązane z nim środowiska skrajnej prawicy zaczęli powtarzać, że na mocy ustawy 447 Polska będzie musiała zapłacić organizacjom żydowskim z USA astronomiczne 300 miliardów dolarów. Kwota ta nie pojawia się w żadnym dokumencie prawnym – była to szacunkowa wartość przedwojennego mienia żydowskiego, wyliczona przez niektóre organizacje roszczeniowe, którą Michalkiewicz przedstawił jako „nieuchronny haracz”. Twierdził też, że ustawa 447 doprowadzi do sytuacji, w której Polska „zostanie ograbiona, a organizacje żydowskie przejmą polskie lasy, przedsiębiorstwa i nieruchomości”. Używał sformułowań o „szajce amerykańskich biznesmenów żydowskiego pochodzenia” realizujących „skok rabunkowy na Polskę” oraz o tym, że zapłata tych roszczeń oznacza dla Polski „nową okupację”.
Narracja Michalkiewicza padła na bardzo podatny grunt z kilku powodów: Odgrzanie mitu „Żydokomuny” i „obcego spisku”: Publicysta idealnie połączył XIX-wieczne uprzedzenia z nowoczesnym językiem. W jego felietonach Żydzi znów stali się potężną, ponadnarodową siłą, która steruje rządem USA, aby zniszczyć i podporządkować sobie Polskę.
Michalkiewicz też spopularyzował tezę, że poprzez ustawę 447 „Polacy zapłacą Żydom za niemieckie zbrodnie”. To hasło, choć całkowicie fałszywe w kontekście zapisów ustawy, silnie rezonowało w Polakach, budząc poczucie głębokiej niesprawiedliwości, jako że Polska była ofiarą, a nie sprawcą II wojny światowej.
Temat ten został brutalnie wykorzystany w kampaniach wyborczych w latach 2019–2020 przez środowiska narodowe (m.in. akcja #STOP447 promowana przez Konfederację, w której tworzenie zaangażowany był sam Michalkiewicz). Przez wiele miesięcy straszenie „roszczeniami żydowskimi” było głównym tematem wieców politycznych, co trwale zatruło debatę publiczną w Polsce.
Z prawnego punktu widzenia, od wejścia ustawy w życie minęło już wiele lat – raport został złożony, a Polska nie zapłaciła ani grosza, co udowodniło, że apokaliptyczne wizje o „utracie niepodległości” były polityczną i publicystyczną manipulacją. Mimo to, mit ten wciąż żyje w świadomości Polaków, a wielu z nich, posługując się argumentem o ustawie 447, nawet nie ma pojęcia, o co tu dokładnie chodzi…
Druga strona medalu: Trauma i nieufność po stronie żydowskiej
Bardzo często mówicie, że „Żydzi też nas nienawidzą”. To jest oczywiście nieprawda, bo z pewnością nie wszyscy, ale ci, którzy nie darzą nas sympatią, mają ku temu powody. Odwołując się choćby do Marca ‘68, należy zrozumieć głęboką traumę, jaką ten haniebny epizod wywołał u emigrantów i ich dzieci.
Osoby, które wtedy wyjechały, były często w pełni zasymilowanymi Polakami, którzy czuli się patriotami. Zostali brutalnie odarci z obywatelstwa, upokorzeni i wyrzuceni. Wielu z nich poniosło tę opowieść w świat – do Izraela, USA czy Europy Zachodniej. Przez to w wielu środowiskach żydowskich na świecie utrwalił się obraz Polski jako kraju nieuleczalnie i systemowo antysemickiego, co do dziś utrudnia dialog i bywa źródłem uprzedzeń wobec współczesnych Polaków.
Zakończenie
Kiedy stajemy przed XV-wiecznym obrazem Konrada Witza i patrzymy na smutne, przymknięte powieki Synagogi, dociera do nas, że geniusz malarza polegał na przerwaniu łańcucha pogardy. W czasach, gdy Europa karmiła się wulgarnymi „memami nienawiści”, on jako jeden z niewielu zrezygnował z ideologicznego bicia wroga na rzecz głębokiego, ludzkiego współczucia. Z perspektywy stuleci widać wyraźnie, jak ślepą i krwawą uliczką okazała się droga, którą wówczas wybrano. Teologiczna pogarda średniowiecza, podsycana finansowym cynizmem królów i lękiem przed nieznanym, stworzyła idealną infrastrukturę pod XX-wieczne totalitaryzmy.
Nazistowski obłęd Hitlera, makiaweliczna inżynieria społeczna Stalina, moczarowska nagonka z Marca ’68 czy wreszcie współczesne, internetowe fobie wokół ustawy 447 – wszystko to wyrosło z tego samego, zatrutego korzenia. Z mechanizmu, który każe w drugim człowieku widzieć nie jednostkę, lecz abstrakcyjny symbol „obcego, Żyda”, odpowiedzialnego za wszelkie kryzysy i niepowodzenia.
Historia ta niesie ze sobą dwie przerażające, ale i oswobadzające lekcje. Po pierwsze, pokazuje, że do zaistnienia zła na masową skalę wcale nie potrzeba milionów potworów. Wystarczą miliony porządnych, cichych ludzi, którzy w kluczowym momencie odwrócą wzrok, ulegną populistycznej manipulacji i uznają, że niesprawiedliwość dotykająca ich sąsiada to „nie ich sprawa”. Po drugie – co udowadnia współczesna rzeźba z Filadelfii – żaden dogmat nienawiści nie jest wieczny. Skoro potrafiliśmy po pięciuset latach odrzucić teologiczny antysemityzm i zastąpić go dialogiem, to znaczy, że wyjście z tego zaklętego kręgu jest możliwe.
Droga, którą musimy dziś pójść jako społeczeństwo, nie wiedzie przez zapominanie o trudnej przeszłości ani przez licytację na historyczne krzywdy. Ta droga zaczyna się od odrzucenia zbiorowej odpowiedzialności i zbiorowych uprzedzeń. Wymaga od nas porzucenia języka pogardy – niezależnie od tego, czy ubiera się on w szaty średniowiecznego kaznodziei, marksistowskiego dygnitarza, czy nowoczesnego publicysty tropiącego międzynarodowe spiski. Musimy nauczyć się patrzeć na historię i na drugiego człowieka tak, jak Konrad Witz spojrzał na swoją Synagogę: bez nienawistnej opaski na oczach, z empatią, która w rzekomym „wrogu” pozwala dostrzec przede wszystkim człowieka przeżywającego swój własny, bolesny dramat.
Ostatecznie bowiem wybór między ślepą nienawiścią a odwagą do dialogu wciąż pozostaje kwestią naszej własnej, wolnej woli...

Komentarze
Prześlij komentarz