Największy mit w historii Kościoła, a może i w historii w ogóle...

INKWIZYCJA

           W wiekach średnich państwo i wszelkie struktury społeczne oparte były na autorytecie Kościoła, tworząc misterny, ale delikatny splot. Prawo i administracja, gospodarka i polityka, nauka i szkolnic­two, sztuka i kultura, obyczaje i organizacja życia - wszystko regulo­wane było zasadami wywodzonymi z chrześcijaństwa. Religia była centralnym spoiwem ówczesnego świata. Pojawianie się odstępstw - wywoływanych rozmaitymi przyczynami - od religijnej ortodoksji stawało się automatycznie zagrożeniem wobec całego systemu spo­łecznego i politycznego. Herezje - co trudno pojąć współczesnemu człowiekowi - były w stanie zniszczyć równowagę średniowieczne­go świata, zatrzymać rozwój cywilizacji czy nawet cofnąć ją o stule­cia. Było to w pełni realne zagrożenie - spory doktrynalne miały cał­kiem praktyczne przełożenie w realnym życiu społeczeństw. Zgoda na obniżanie autorytetu papiestwa, na rozchwianie ideowe byłaby równoznaczna z podkopywaniem fundamentów konstrukcji ówczes­nego świata. Gdy więc Kościół zdecydował się powołać Świętą In­kwizycję, instytucję, której zadaniem było utrzymanie religijnej in­tegralności, było to bez przesady działanie w interesie całej cywiliza­cji. Dziś katolicy jej się wstydzą i gotowi są za nią przepraszać. Mit krwawej Inkwizycji przesłonił fakty.


        Czarna legenda Inkwizycji przypisuje jej perwersyjne wręcz okrucieństwo, ojców inkwizytorów odmalowuje zaś jako ponurych staruchów, żądnych krwi niewinnych, z upodobaniem prześladują­cych niewinne kobiety i najtęższe umysły epoki. Legenda ta ignoru­je prawdę historyczną, opiera się głównie na zmyśleniach protestanc­kich oraz oświeceniowych - epoki, która sama zrodziła prawdziwą wielką zbrodnię. Jeśli chce się poznać prawdę, warto wyrzucić z pa­mięci zasłyszane gdzieś opinie, ponure mity, aprioryczne sądy, sko­jarzenia wyniesione z filmów i powieści, a ograniczyć się do stosun­kowo łatwych do uzyskania dokumentów i oryginalnych świadectw. Inkwizytorami byli najświatlejsi ludzie swoich czasów, dobrze wy­kształceni i otwarci. Kierowali się przede wszystkim zasadą Misericordia et Iustitia, czyli miłosierdziem i sprawiedliwością, a ich działalność regulowa­na była specjalnymi przepisami. Przemoc, tortury, stosy to metody, którymi głównie posługiwali się nie oni, a ich świeccy naśladowcy oraz protestanccy konkurenci. W przeciwieństwie do nich inkwizytorzy zapewniali podsądnym nie tylko sprawiedliwe procesy, z rzetelną obroną, ale i wyroki w przeważającej mierze zadziwiająco łagodne.


         Wbrew powszechnemu przekonaniu, jedynie znikoma część wyroków oznaczała śmierć skazańców. W istocie procedura sądów inkwizycyjnych wprowadzała nowoczesne rozwiązania, znane i stosowane w dzi­siejszym sądownictwie, z systemem odwołań, poręczeń, zapewnieniem aresztowanym wyżywienia i opieki medycznej. One właśnie, trybuna­ły inkwizycyjne, ucywilizowały procedury świeckiego sądownictwa. Uratowały przy tym rzesze ludzi przed pełną cierpienia śmiercią z rąk fanatycznych tłumów lub ochoczo stosujących przemoc sędziów świec­kich (by pominąć duchowe znaczenie postępowań). Żyjemy w dziwnych czasach, rzekomo skrajnie racjonalnych, jednakże przeciwstawienie prawdy rysowanym przez media mitom, uznawanym powszechnie za prawdę, wymaga odwagi. W tym wy­padku mamy do czynienia z mitem „twardym”, czyli posadzonym na tronie „wyroczni”, a więc opór tych, co „coś słyszeli’' i „mają pogląd”, bez zada­nia sobie trudu weryfikacji – jest większy. 


         Musimy pamiętać, że współczesne działania na rzecz dechrystianizacji Europy wykorzystują często wahania i niepewność Katoli­ków. W efekcie tego jest coraz mniej Katolików, którzy dumni są z tego, że należą do Kościoła. Vittorio Messori, wybitny włoski dziennikarz, pisarz i publicysta katolicki (nawiasem mówiąc, nawrócił się z ateizmu na wiarę katolicką, w 1964 roku), autor książki „Czarne karty Kościoła” pisze, że „problem dechrystianizacji nie polega na utracie wiary , lecz na utracie roz­sądku.” Ten brak rozsądku powoduje, że wierzymy bezkrytycznie w świat, jaki kreują media masowe. Jednym z zabiegów taktycznych propagatorów dechrystianizacji Europy jest zdecydowane przeciw­stawienie dwóch struktur: wiary i rozumu, wiary i wolności umysłu, wiary i rozsądku. Obsesyjnie powiela się tezę, że po instytucji In­kwizycji utrzymywanie wiary w kontynuację misji zbawczej Chrystusa w Kościele katolickim jest samobójstwem rozumu.

        Pierwszym papieżem, który podjął temat przeprosin za rzekome winy Kościoła, był Jan XXIII (poniżej na zdjęciu). W reformie modlitw wielkopiątkowych zamiast modlitwy o na­wrócenie „wiarołomnych Żydów” do Jezusa Chrystusa, wprowadzono wezwa­nie do „wierności zawartemu przymierzu Boga z Żydami”. Ale to jeszcze nic… Jan XXIII polecił też usunąć z Aktu Poświęcenia Rodzaju Ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, frag­ment:  

        Królem bądź tych wszystkich , którzy jeszcze błąkają się w ciemnościach pogań­stwa albo islamizmu, i racz ich przywieść do światła i Królestwa Bożego oraz wejrzyj wreszcie okiem miłosierdzia swego na synów tego narodu , który niegdyś był narodem szczególnie umiłowanym . Niechaj spłynie i na nich, jako zdrój odkupienia i życia, ta krew, której oni niegdyś wzywali na siebie jako tekstu antysemickiego i obrażające­go „Braci Muzułmanów”.

 

        Już niebawem nie będzie pewnie w historii takiego miejsca, na­znaczonego cierpieniem, błędem i okrucieństwem, za które odpowie­dzialności nie przypisze się Kościołowi Katolickiemu. Do takiego sta­nu rzeczy przyczyniają się deklaracje hierarchów* Kościoła, od pontyfi­katu Jana XXIII po dzień dzisiejszy. Kościół przeprasza za takie „grze­chy” jak: 

       Winy katolików w stosunku do protestantów (1963), prześla­dowanie Galileusza (1979), obojętność Kościoła wobec mafii (1983), winy Kościoła wobec zborów zreformowanych (1984), przyzwolenie Kościoła na handel niewolnikami (1985), za antysemityzm (1986), za rasizm (1989), za fanatyzm i przemoc w stosunku do Husa (1990), za udział katolików w kolonizacji i wprowadzaniu niewolnictwa (1992), za wygnanie żydów z Hiszpanii (1992), za obojętność Kościoła wobec nierówności społecznych (1994), za zbrodnie Inkwizycji (1994), za wyprawy krzyżowe (1995), za udział Kościoła w dyskryminacji kobiet (1995), za udział katolików w doprowadzeniu do drugiej wojny świa­towej (1995), za krzywdy wyrządzone niekatolikom (1995), za zerwa­nie dialogu z Lutrem (1996) oraz za winy popełnione w służbie praw­dy, za naruszanie jedności Ciała Chrystusowego, za grzech przeciwko ludowi przymierza, za grzechy przeciwko godności kultur i religii i grze­chy w dziedzinie podstawowych praw człowieka (2000 r.)…

         W tym ekspiacyjnym klimacie coraz częściej przedstawia się nam historię Koś­cioła Katolickiego jako śmietnik wad, wypaczonych idei i przekonań całego świata. Już teraz efektem tego oblężenia jest stano­wisko wielu katolików, którzy nie próbując zmienić tego stanu rzeczy, utwierdzają się w przekonaniu, że historia Kościoła Katolickiego na­znaczona jest krwią, kłamstwem i okrucieństwem. Trwa nieustanna propaganda usiłująca wmówić, głównie Katolikom, że Kościół nie ma prawa nikogo pouczać, ponieważ na jego koncie jest krwawa plama Inkwizycji, za którą Katolicy są odpowiedzialni i za którą powinni prze­praszać i nie zapominać o swej haniebnej przeszłości.


         Z jednej strony, wiemy, że papież Jan XXIII był bardzo mądrym i dobrym człowiekiem, ale… Kościół, jako Oblubienica Chrystusa, nie może mieć żadnej skazy i win. Ilekroć pojawia się zło, zawsze jest ono dziełem jednostki. Choćby było to zło przedstawicieli Kościoła, jego księży, biskupów, choćby czyniąc je powoływali się na swoje rozumienie świętej nauki, ostatecznie zawsze za błąd winne są konkretne osoby. Dlatego nie ma tu możli­wości przepraszania w imieniu całego Kościoła. Winy członków nie mogą splamić tego, co z samej istoty jest nieskalane.

         Jedną z podstawowych wad krytyki Inkwizycji jest oderwanie jej od epoki i czasu, w którym powstała i działała. Inkwizycja powstała w Średniowieczu, epoce, która jak żadna inna związała w jedną całość historię Kościoła Zachod­niego i historię europejskiego społeczeństwa. Utożsamianie życia Kościoła z życiem zorganizowanej społeczności jest właśnie wyróż­nikiem tej epoki i tylko przez taki pryzmat należy ją interpretować. Monarcha rządzący państwem czy regionem traktował swój urząd jako nadany przez Boga, a co za tym idzie, czuł się odpowiedzialny za losy prawowiernej religii i za zba­wienie swoich poddanych. Ponadto, w Średniowieczu pojawiły się dwie rzeczy. Masowy wzrost różnych herezji i odkrycie na nowo litery prawa rzymskiego, które traktowało odstępstwo od wiary panującej na równi ze zdradą stanu - czyli jako największe wykroczenie. Dopiero zrozumienie tego splotu daje nam możliwość zro­zumienia, czym była Inkwizycja. 

         Jednym z wielu zadań Kościoła od pierwszych chwil jego zało­żenia było strzeżenie depozytu wiary, nauczania prawdy i przestrze­gania swych wiernych przed fałszem i błędem doktrynalnym. Od pierwszych wieków istnienia Kościoła możemy zatem mówić o In­kwizycji, bowiem powołanie instytucji diakonów nie jest niczym in­nym jak powołaniem strażników prawdy doktrynalnej. Oprócz swych stałych obowiązków diakoni mieli za zadanie badać, poszukiwać fałszywych nauk, badać „jakiego ducha są” podejrzani wy­znawcy i nawracać skażonych fałszem. Niejednokrotnie słyszy się, że powstanie kościelnych trybuna­łów inkwizycyjnych sprowokowało władze świeckie do tępienia he­rezji na swym terytorium. To nieprawda. To władze świeckie, przyjmując wiarę katolicką, wychodziły z założenia, że kto występuje przeciw państwu, i z całą surowością tępiły tego rodzaju występki, jak tępi się zdradę stanu. 

         Na długo przed nastaniem Świętego Oficjum mamy do czynienia z ostrym potępieniem ruchów heretyckich właś­nie przez władze świeckie. Na przykład w roku 316 Konstantyn Wielki skazuje Donatystów (biskup Donat z Kartaginy 313, prześladowania Dioklecjana) na konfiskatę majątku, podobne stanowisko zajmują Walentynian I i Teodozjusz I, pozbawiając dodatkowo heretyków praw obywatelskich, prawa przekazywania dziedzictwa i skazując na wygnanie. 

 

         Wszelkiego rodzaju przejawy działalności heretyckiej traktowane było w tych czasach jako zamach na ład i porządek społeczny. Cesarze, tacy jak Konstantyn czy Teo­dozjusz, uważali za rzecz słuszną, by oprócz wykonywania władzy świeckiej, byli odpowiedzialni również za sferę życia duchowego. Wręcz zachęcali do samosądów nad heretykami, gwarantując prześladowcom bezkarność. De­kret króla Aragonii zachęcał wręcz do walki z heretykami. 

        Trzeba wspomnieć, że świeckie prawo kryminalne, oprócz bluźnierców, karało również śmiercią, często bardzo okrutną także sodomitów, pederastów, zoofilów, nekrofili, fałszerzy monet i złodziei (np. dekret kodeksu prawa kryminalnego Karola V z 1532 roku). Co więcej, Kodeks pra­wa kryminalnego Karola V uważano w tych czasach za przejaw po­błażliwości i złagodzenia dotychczasowego kodeksu karnego, skazu­jącego na śmierć z dużo błahszych powodów. Świecki Kodeks Jus­tyniana, jak i późniejszy Kodeks Teodozjana z roku 407, przewidywały w stosunku do kacerzy karę śmierci. Kościół w tym okresie ustami swych hierarchów niejednokrotnie sprzeciwiał się takim rozwiązaniom. Nie kto inny, jak bis­kup Hippony św. Augustyn, nawoływał, by nie stosować siły w stosunku do innowierców, by nie przyłączać wiernych do Kościoła siłą, wprost mówi o tym, że Kościół nie potrze­buje korzystać tu z pomocy władzy świeckiej. Więc jeżeli ktoś dziś mówi, że „Kościół, ogniem i mieczem szerzył wiarę”, to po prostu bredzi… 


         Pierwsze stosy pod stopami heretyków zapłonęły w Orleanie za panowania króla Roberta II (972-1031) i z jego polecenia, mimo stanowczych protestów dostoj­ników kościelnych. W roku 1150, w czasie wybuchu re­wolty i zamieszek wywołanych przez heretyków w Ko­lonii, św. Bernard potępiał samosądy ludu i karę śmier­ci nakładaną na rebeliantów - kacerzy, zalecał, by wal­czyć z nimi na argumenty, a nie za pomocą broni. Kiedy tego rodzaju wal­ka nie da zamierzonych skutków, pozostaje jeszcze eks­komunika czy kary kanoniczne i wygnanie. W świetle tych faktów trudno utrzymywać, że to władze kościelne położyły podwa­liny pod krwawe prześladowania wiarołomców, nama­wiając możnowładców do włączenia się do tej krwawej rzezi. A jednak, jest to wciąż powtarzany uparcie mit.

„Mit ciemnego Średniowiecza”


         Po upadku cesarstwa rzymskiego, Kościół w Średniowieczu stał się nie tylko wspólnotą religijną, ale także gwarantem spójności społecznej i po­litycznej. Średniowieczny Europejczyk właś­nie dzięki działalności Kościoła miał świadomość przynależności do lokalnego miasta czy diecezji, do grupy ludzi, którzy uznawali te same prawa i zwyczaje, miał świadomość przynależności do określonej warstwy społecznej i związanych z tym przywilejów, a co najważniej­sze dla mentalności człowieka Średniowiecza, miał świadomość przy­należności do ogromnej rodziny chrześcijańskiej, co było dla niego gwarancją spokojnego życia i dostąpienia zbawienia po śmierci. Czas walk na gruncie ideowo religijnym był właśnie próbą utrzymania sta­bilności i ładu społecznego. Walki te najczęściej były skierowane przeciw heretykom, czyli tym, którzy starali się podważyć zarówno największą prawdę czasów Średniowiecza, czyli zbawienie duszy, jak i obalić ład społeczny. 


        Ten ład, pod naporem herezji, mógł legnąć w gruzach. Na obrze­żach społeczeństw istniał ogromny chaos społeczny, ro­iło się od ludzi wysiedlonych i bezdomnych, pozbawionych majęt­ności i pracy, kalek, żebraków, chromych, trędowatych, zbiegłych chłopów pańszczyźnianych, byłych mnichów i księży, którzy starali się odzyskać posłuch u pospólstwa. To stanowiło dobrą pożywkę dla wszelkiego rodzaju herezji. Bo obok wiary, ruchy heretyckie dawały nadzieję na lepsze życie już tu, na ziemi.  

        Już zaczynamy dostrzegać, „po co” właściwie była potrzebna Inkwizycja, choć to wciąż nie jest łatwe. Wpierw musimy odrzucić cały ten medialny bełkot na temat „naj­większego terroru w dziejach cywilizacji” czy pseudointelektualne brednie o Inkwizycji, jako "najbardziej zbrodniczej instytucji w historii ludzkości, winnej śmierci setek milionów ludzi". Często słyszy się o Inkwizycji takie bzdety, których nie może usprawiedliwić najbardziej wrogie nastawienie do Kościoła. Prym wiodą tu media, w których coraz częściej słyszy się o licznych porów­naniach trybunałów inkwizycyjnych do gestapo czy urzędów bez­pieczeństwa z czasów PRLu. „Historycy eksperci” mówią, że "Trybunały Inkwizycyjne skazywały przeważnie na śmierć, a inkwizy­torzy to okrutni zwiastuni współczesnych sys­temów totalitarnych." 

        Powiedzieliśmy już, że Inkwizycja, ale też, a może przede wszystkim władze świeckie, walczyły z herezjami. Nie da się wymienić ich wszystkich (w ramach tego artykułu), ale możemy wspomnieć o paru najważniejszych. Pierwszym uchwytnym śladem (oprócz Donatystów, Arian czy Manichejczyków) w źródłach historycz­nych jest herezja ruchu chłopskiego z okolic Chalons-sur-Marne. Skupiała się wokół niejakiego Leutarda, który odrzucał autorytet Kościoła, dziesięcinę oraz sakramenty, nawołując do powrotu do prostoty wczesnego chrześcijaństwa i opierając się na własnej interpretacji Biblii. Ruch ten był w rzeczywistości wymie­rzony przeciw wiernym. Jak większość ruchów heretyckich, miał bardzo „wybiórcze podejście” do zagadnień wiary. Naka­zywał neofitom praktykować ubóstwo i „życie proste”, najczęściej kosztem innych. Grabiono więc co bogatsze regiony, a łupy służyły potem do dystry­bucji „wedle sprawiedliwości chrześcijańskiej”, naka­zującej proporcjonalny podział dóbr. 


        W ogóle, najpierw powinienem powiedzieć, że pojawienie się Inkwi­zycji miało ogromne społeczne poparcie i odebrane zostało raczej z ulgą. To heretycy postrzegani byli jako zagro­żenie i jeszcze przed powołaniem Trybunałów Inkwizycyjnych, nie raz zdarzało się, że ludność wie­lu okręgów, nękana przez hordy heretyckie, zwracała się do władz kościelnych i świeckich o ochronę ich dusz i mienia. Tak więc oskarżenie, jakoby „Kościół do spółki z władzą świecką, uderzał przede wszystkim w tych maluczkich, w biedotę (taki obraz lansuje między innymi powieść „Imię Róży”), jest z gruntu fałszywe.  

        Z ruchu tego, jak utrzymuje większość historyków, wy­wodzi się późniejszy ruch, który nazwany został słynną herezją Kata­rów. N ie sposób wymienić wszystkich ruchów heretyckich Średnio­wiecza, zwłaszcza teraz, gdy nie rozmawiamy o herezjach (choć są to tematy ściśle związane), skupimy się więc na tej jednej, która z całą pewnością była jedną z najstraszliwszych, jakie w ogóle wynalazło piekło. Sekta ta związana była ściśle z Manicheizmem (Dualizm i mieszanka Zoroastryzmu, Buddyzmu i Chrześcijaństwa). Katarzy, jako ruch "od­nowy Kościoła", zaczęli od zweryfikowania Biblii. Uznali, że cały Sta­ry Testament (z wyjątkiem szesnastu ksiąg prorockich, Księgi Psal­mów, pięciu Ksiąg Salomona, w niektórych regionach dodawano do tej listy Księgę Hioba i Księgę Ezdrasza, w niektórych zaś potępiano cały Stary Testament z wyjątkiem Księgi Psalmów) pochodzi od złe­go ducha (szatana). Przypisywano zatem Stary Testament bogu zła, Nowy zaś - Bogu Dobra. W tym też kontekście interpretowano his­torię zbawienia. Stary Testament dla Katarów był złem: (...) Bóg , który dał Prawo Mojżeszowi, nie jest prawdziwym Bogiem. Mówią, że to błazen, który udzielił Mojżeszowi błazeńskiej odpowiedzi, gdy powiedział: Jestem, Który Jestem. Według Katarów, całe Pismo Święte za wyjątkiem Ewangelii i Ojcze Nasz to wymysły i kłamstwa. Nawet Chrystusowi się „dostało”. Wedle Katarów Chrystus nie jest z natury Bogiem, lecz aniołem, noszącym przed przybyciem na ziemię imię Jan…


W ogóle, musimy rozróżnić dwie Inkwizycje, średniowieczną i Hiszpańską. Powiem o tym od razu, ponieważ to ta druga, Inkwizycja „średniowieczna” wywołuje tyle kontrowersji i jest opisywana przez najróżniejszych wrogów Kościoła, z taką zajadłością. Czasami jakiś niedowarzony „ekspert” posługuje się nazwą „Inkwizycja Hiszpańska”, myśląc tak naprawdę o średniowiecznej. W ogóle, nie wszyscy wiedzą, że były dwie… Hiszpańska powstała w 1480 roku, pod koniec wojny wyzwoleńczej w Hiszpanii, która to wojna trwała 770 lat. Rozpoczęła się w roku 722, kiedy to pierwszy król Asturii, powstaniec i bohater hiszpański, Don Pelayo, wygrał bitwę pod Covadongą. Muzułmanie po raz pierwszy dostali wtedy łomot, czym byli bardzo niemile zaskoczeni. Całkowity podbój półwyspu iberyjskiego zajął im tylko 21 lat i nie uważali oni Hiszpanów, za ludzi zdolnych im się „postawić”.


        Zakończyła się ta wojna w roku 1492, kiedy to po wyczerpującej i okrutnej, 10 letniej bitwie, na kolana została rzucona ostatnia twierdza muzułmanów, Grenada (stąd powiedzenie – ostatnie twierdze Grenady). Katolicka para królewska, nie mściła się jednak na pokonanych najeźdźcach. Muzułmanie dostali prosty wybór. Albo nawrócą się na Chrześcijaństwo, albo wynocha. Do tej pory, lewacka, antychrześcijańska propaganda użala się nad tymi wygnanymi, bo przecież to byli „tacy porządni ludzie, tacy miłujący pokój…” Kolejna „zbrodnia Kościoła”.  

        Wtedy okazało się, że jest konieczne ustanowienie instytucji, która czuwała by nad prawowiernością Hiszpan i tropiła różne nadużycia, czy „fałszywe nawrócenia”. Sytuacja była poważna, bo pokonani Muzułmanie wciąż próbowali się odgryzać, więc oferowali Hiszpanom przejście na Islam, w zamian za materialne korzyści. Zdrajców było wielu, a część z nich, niestety, stanowili Żydzi, co leży u podstaw jednego z największych "kamieni niezgody", pomiędzy Żydami, a Chrześcijanami. Ponieważ Żydzi raczej nie lubili Chrześcijan, więc gdy mieli wybór, pomiędzy przejściem na Chrześcijaństwo, a Islam, wybierali Islam. Trudno się więc dziwić, że w tej sytuacji, zostali z Hiszpanii praktycznie wygnani. Oni dziś przemilczają, że układali się z najeźdźcami i mordercami, ale za to bardzo dobrze pamiętają, że zostali wygnani. Dlatego też, to oni, Żydzi Sefardyjscy, są głównymi autorami ówczesnej i późniejszej propagandy antyhiszpańskiej i antykatolickiej. Jak to później wyglądało, możecie przeczytać w książce „Czarne Karty Kościoła”, Vittorio Messoriego”. 


        Instytucję tą powołała do życia, Królowa Kastylijska, Izabela Pierwsza, zwana Katolicką (na obrazie Luisa de Madrazo, powyżej) i jej małżonek, Ferdynand Aragoński. Szefem inkwizycji hiszpańskiej został legendarny Tomás de Torquemada, hiszpański duchowny, Dominikanin, przeor klasztoru w Segowii, później generalny inkwizytor Kastylii, Walencji i Aragonii, doradca i spowiednik Izabeli I Kastylijskiej oraz Ferdynanda II Aragońskiego. Tomás, jako bardzo młody chłopak, wstąpił do miejscowego klasztoru Dominikanów San Pablo i jako gorliwy zwolennik kościelnej ortodoksji, zdobył solidną reputację człowieka trzech cnót: Nauki, pobożności i wyrzeczenia. W efekcie awansował na przeora klasztoru Santa Cruz w Segowii. W tym czasie poznał młodą księżniczkę Izabelę. Przez szereg lat Torquemada był jej spowiednikiem i osobistym doradcą. Był obecny na koronacji Izabeli w 1474 i pozostał jej najbliższym sojusznikiem i zwolennikiem. Miał nawet doradzić jej poślubienie króla Ferdynanda Aragońskiego w 1469, w celu zjednoczenia ich królestw. W ogóle, gdyby nie Torquemada, którego tak strasznie opluwają marksistowscy „historycy”, to nie wiadomo, czy Hiszpania nie była by dziś kalifatem muzułmańskim. I nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy całego świata. 



        Osobną sprawą była Inkwizycja Średniowieczna, która powstała w pierwszej połowie XII wieku, a oficjalna data jej powołania, to rok 1184. Wróćmy teraz do herezji Katarów, o których wspomniałem wcześniej. Historia to ponura i dość skomplikowana, nie będę więc jej całej tu opowiadał, w każdym razie szybko się okazało, że Kościół, który zobowiązał się spełnić rozpaczliwe wołania ludzi o pomoc, o obronę przed żądnymi krwi mordercami, czyli heretykami, po prostu nie daje sobie rady. Zrozumiano, że należy zaostrzyć walkę przeciw herezjom, ale pomimo to, nawet wtedy, Kościół nie zdecydował się na drastyczne środki, poprzestając na perswazji, ewentualnie na zadawaniu pokuty, a w ostateczności, na ekskomunice. Na tereny objęte herezją wysyłano ortodoksyjnych kaznodziejów i to takich, jak np. Bernard z Clairvaux, jeden z najwybitniejszych teologów wszech czasów, Ojców Kościoła, dziś Święty… Organizowano nawet publiczne dysputy z heretykami (np. w 1165 w Lombes) starając się wykazać błędność ich wierzeń.  

        Niestety, nic do nich nie docierało. W gruncie rzeczy, oni mieli gdzieś te ideały, które głosili. Im chodziło tylko o rabunek, a doktryna, którą sobie przy okazji wymyślili, miała ten rabunek, gwałty i morderstwa, usprawiedliwić. Bardziej zdecydowane w tej kwestii były władze świeckie, które traktowały herezję jako przejaw buntu wobec istniejącego porządku społecznego, tym bardziej że wiele grup heretyckich potępiało składanie przysiąg, będących fundamentem społeczeństwa feudalnego. W 1022 w Orleanie kilkunastu heretyków spalono na rozkaz króla Francji Roberta II Pobożnego, w 1028, świeccy capitanei spalili kilkudziesięciu heretyków, w 1051 cesarz Henryk III Salicki powiesił kilku heretyków w Goslarze, a w 1143 trzech Katarów spalono w Bonn. Jeszcze częściej dochodziło do samosądów ze strony tłumów (np. w Soissons w 1114, w Nadrenii w 1143, 1144 i 1163, w Vézelay w 1167). Kościół próbował do samego końca perswazji i modlitwy, ale w końcu musiał się poddać i zostawić sprawiedliwość w rękach władzy świeckiej.  

        Na koniec chciałbym tylko wspomnieć o dwóch rzeczach, o dwóch mitach, które wciąż pokutują wśród przeważającej części ludzi, a które godzą w dobre imię Kościoła Katolickiego i Chrześcijaństwa w ogóle. Pierwszy z nich, to sposób, w jaki rozprawiono się ostatecznie z herezją katarów, albo waldensów. To w gruncie rzeczy to samo.


 

        Historycy spod znaku sierpa i młota, do dziś opowiadają, jak to w małym miasteczku Béziers, Krzyżowcy wymordowali całą ludność, pod pretekstem rozprawienia się z garstką Katarów, którzy w tym miasteczku się ukrywali. Powstała nawet legenda, jakoby jeden z przywódców armii krzyżowców, legat papieski Arnaud Amaury, pytany, w jaki sposób rozpoznać Katarów wśród mieszkańców miasta, odpowiedział Caedite eos! Novit enim Dominus qui sunt eius (Zabijcie ich! Bóg rozpozna swoich). W rzeczywistości, większość mieszkańców uciekła z opanowanego przez Katarów Béziers, zostali tylko ich fanatyczni zwolennicy i oni sami. Ci heretycy naprawdę stali się sadystycznymi oprawcami dla ludzi z okolicznych wsi i miasteczek. Albo się przyłączyłeś do nich, albo musiałeś zginąć, męczeńską i raczej straszną śmiercią. Jeden z historyków powiedział, że to byli tacy „średniowieczni Janosikowie”, tylko że dużo bardziej bezwzględni i brutalni.

        Po B
éziers była twierdza na Monte Parete Calva, gdzie schronił się jeden z ostatnich „wodzów” heretyckich, brat Dulcyn. Oblężony, organizuje partyzanckie wypady na okoliczne wioski w dolinie, gdzie oprócz rabunku żywności pretorianie Dulcy­na sieją pożogę, gwałt i śmierć. Porywają też zakładników, grożąc im śmiercią, w wypadku gdy wioska nie będzie stale dostarczała żywności…
 

        Drugi mit, to mit Giordana Bruno. Giordano Bruno na przestrzeni wieków postrzegany był i nadal jest jako symbol nietolerancji katolicyzmu wobec sił postępowych. Bardzo często w kontekście Galileusza i Giordana Bruna wskazuje się na konflikt pomiędzy religią i nauką. Ponadto procesy Giordana Bruna oraz Galileusza stanowią nieustanny pretekst do krytyki Ko­ścioła i jego działalności inkwizycyjnej skierowanej rzekomo w tych przypadkach głównie przeciwko nauce.


        Na surowy wyrok, jaki dotknął tego kacerza, nałożyły się rów­nież obyczaje karne w prawodawstwie tamtej epoki. Brak znajomoś­ci faktów z życia Giordana Bruna przyczynia się ciągle jeszcze do przedstawiania go jako wzoru naukowca i niezależnego filozofa. Propaganda oświeceniowa przedstawia takie skojarzenie: "Giordano Bruno, postępowy, niezależny, wybitny naukowiec - Inkwizycja, ignorancja, zacofanie, ślepa walka ze światem nauki." Trzeba przerwać ten łańcuch skojarzeń: ów heretyk nie był żadnym postępowym naukowcem, ale raczej zwykłym gnostykiem (jakich było w tym czasie wielu) i miał wyobraźnię przesyconą magią. Najprostszym dowodem na poparcie tej tezy może być jego obrona kopernikańskiej teorii heliocentryzmu, Bruno nie poszukiwał tu żadnych uzasadnień. Robił coś zupełnie odmiennego: Teorię heliocentryczną wywodził z myślenia magicznego, powołując się przy tym na religię egipską i panteizm. Ten „typ naukowca”, hołubiony przez cały postępowy świat, stał się raczej magiem zafascynowanym orientalną nauką.  

        W Paryżu Bruno dał się poznać jako zagorzały przeciwnik Arys­totelesa. Nawiązał też przyjaźń z królem Henrykiem III - zagorza­łym ezoterykiem, który powierzył mu katedrę w College de France. Wykładał tam przez krótki okres filozofię. W niewyjaśnionych okolicznościach (prawdopodobnie za nie­uzasadnione niczym ataki na filozofię Arystotelesa oraz niski poziom merytoryczny prowadzonych wykładów) Bruno w roku 1583 musiał opuścić Paryż. Kolejnym etapem jego wędrówki był Londyn, gdzie na dworze królowej Elżbiety napisał swój słynny paszkwil na Koś­ciół, zatytułowany Spacio della Bestia triompante proposto dal Giove affetuato dal consiglio (Rada przeprowadziła transakcję z Triumfującą Bestią zaproponowaną przez Jowisza). Pozycja ta przez wiele późniejszych lat była wręcz „skarbnicą” potwarzy, obelg i ataków na Kościół. Zajmował się astrologią, wróżbiarstwem, czarami, opi­sywał wędrówki dusz. Otwarcie występował także przeciw Transsubstancjacji i Niepokalanemu Poczęciu Najświętszej Marii Panny. Twierdził, że Bóg i materia to jedno i to samo, materia zaś jest siłą twórczą i sprawcą wszystkiego. Wyłożone teo­rie są dziwaczną mieszaniną panteizmu i kabały, przeple­cione nienawiścią do wszystkiego, co katolickie.



        W Wittenberdze w sprzyjają­cym klimacie po raz pierwszy występując przed ogromną publiką, rzucił oskarżenia pod adresem Stolicy Apostol­skiej i Kościoła. Mowę swą powtórzył w Pradze w 1588 roku. Swymi wystąpieniami zjednał sobie teologów luterańskich i z ich rekomendacji w Wittenberdze przez krótki czas wykładał filozofię, matematykę i fizykę.  

        Historia Giordano Bruno jest o wiele dłuższa, ale jedno jest pewne. To nie był, jak nam wmawiają marksistowscy historycy, „Naukowiec”, tylko człowiek opętany fanatyczną nienawiścią do Kościoła. Podczas ostatniego, 22 spotkania inkwizytorów z Brunem, sprawa się zamknęła - mimo ostatecznych prób negocja­cji, prowadzonych przez współbraci Bruna. Dumny ze swych poglą­dów Bruno nie chciał nic odwoływać. Warto tu podkreślić, że Giordano Bruno został przekazany guberna­torowi Rzymu z prośbą, aby kary nie oznaczała śmierci ani okalecze­nia. Jednak władze Rzymu wydały wyrok śmierci przez spalenie na stosie. W ostatecznym akcie łaski pozostawiono mu osiem dni na odwołanie błędnych nauk i powrót do stanu duchownego w celu uniknięcia kary. Giordano Bruno z prawa łaski nie skorzystał. 17 lu­tego 1600 r. został publicznie spalony na stosie jako herezjarcha. Niejednokrotnie próbuje się uzasadnić wyrok śmierci na Giordanie Bruno okrucieństwem zarówno Kościoła, jak i urzędników rzymskich w XVI wieku (to oni de facto wydali wyrok skazujący). Jed­nak Bruno zginął nie tyle za swe poglądy naukowe, jak to wskazuje wielu współczesnych historyków, co raczej jako rebeliant, człowiek niebezpieczny politycznie, heretyk i przeciwnik Kurii Rzymskiej, który ośmieszał kler (którego sam był członkiem), wyrażał obraźliwe opinie o Chrystusie. 

        Rzadko kiedy zwraca się uwagę na fakt, że za­kaz rozpowszechniania kopernikańskiej literatury nastąpił dopiero 16 lat po śmierci Bruna. Dlatego powoływanie się na śmierć Bruna w związku z propagowaniem teorii heliocentrycznej ma niewiele wspól­nego z prawdą… 




Podsumujmy krótko...

        Inkwizycja, nie jest, a raczej nie była tym, co większości ludzi się wydaje. I ma tu miejsce stara jak Świat, zasada. Jeśli chcesz odwrócić uwagę od swoich win, najlepiej oskarż o nie kogoś innego. To działa prawie zawsze.

        Protestantyzm, był w gruncie rzeczy ruchem, którego głównym, jeśli nie jedynym celem, było od początku, zniszczenie Kościoła Chrystusowego. Oczywiście pod płaszczykiem "reform" i "prawdziwego wyznawania wiary". Dlatego to głównie Protestantyzm współpracował ochoczo z czymś, co dziś byśmy nazwali "narracją głównego nurtu". Z historykami, rzecz jasna "oświeceniowymi", czyli "swoimi", z władzami świeckimi i z ówczesnym aparatem represji.

        Kłamstw na temat Inkwizycji jest tak dużo, że po prostu wydaje się niemożliwe ich "odkręcenie". Ale jedno jest pewne. Kto szuka, ten znajdzie. Źródła prawdy istnieją i pomimo całego wysiłku piekła, nie dało się i nie da ich tak po prostu zamieść pod dywan. 

        Dwa podstawowe, z których ja korzystałem, to sześciotomowa "Historia Chrześcijaństwa", Warrena Carrolla i "W Obronie Inkwizycji" profesora Romana Konika. Jest ich znacznie więcej, trzeba tylko poszukać.

        No więc jak? Którą pastylkę wybierzesz? Wolisz pozostać w swoim wygodnym gniazdku, gdzie wszystko jest fikcją, czy ruszysz swój tyłek z kanapy i spróbujesz odnaleźć prawdę? Prawda Cię wyzwoli. Pamiętaj o tym...

 


 

Komentarze

  1. Nie wierzę, nawet nie zagłębiając się w źródła. Tylko dlatego, że w innych wpisach autor szerzy dezinformację twierdząc, że Ukraina napadła ruskich, szczepionki są po to aby zgładzić ludzkość a COVID nie był tym, czym był.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za ten komentarz. To świetne uzupełnienie mojego artykułu, ponieważ jest to MODELOWY przykład czegoś, co ongiś nazywało się "partyjnym betonem". Nie ważne fakty, nie ważna prawda, ważne tylko to, co powiedziała partia. Komentujący wyraźnie zaznacza, że "nie wierzy i nie chce się zagłębiać w źródła". Czyli neguje to co usłyszał i nawet nie chce wiedzieć, jak jest naprawdę. Mogę tylko jedno powiedzieć. Współczuję...

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty