Czy warto się tego wszystkiego uczyć?
Przyjęło się jednak używać określenia „Efekt Motyla” w znaczeniu potocznym, zwłaszcza, że w roku 2004 powstał film o tym tytule, w wyniku czego wiele osób, usłyszało o czymś takim, jak „teoria chaosu”, po raz pierwszy. Jeśli oglądaliście ten film, to pamiętacie pewnie, że chodzi w nim o pewnego chłopaka, który „cofa się w czasie”, by naprawić błędy, jakie popełnił w przeszłości i pozbyć się traumy, przez nie wywołanej. Niestety okazuje się, że taka ingerencja, może i likwiduje konkretny błąd, ale całkowicie zmienia całą przyszłość tego chłopaka i ludzi z jego otoczenia. Niekoniecznie na lepsze...
Wyobraźmy sobie jednak, że nie jest to tylko fantazja i naprawdę możemy coś takiego zrobić. Ile razy sobie powtarzamy - Ech, gdybym tak mógł cofnąć czas, nigdy nie popełniłbym tego błędu... Nawet gdybyśmy wiedzieli, że ryzykujemy zepsuciem wszystkiego innego, czy oparlibyśmy się pokusie? Pewnie w wielu przypadkach, nie.
Pomyślcie więc o jakimś wydarzeniu z przeszłości, o jakiejś błędnej decyzji, o jednej z tych chwil, która jeśli tylko się Wam przypomni, wywołuje zgrzytanie zębami i słowa - Ale ja byłem głupi, że tego nie zrobiłem (albo zrobiłem). Sam pamiętam takich momentów z mojego życia, mnóstwo. Lecz patrząc na to, gdzie jestem teraz, gdy sobie uświadomię, że zmieniając choć jeden mały szczegół, mógłbym znaleźć się zupełnie gdzie indziej i to wszystko stracić, oblewa mnie zimny pot... Gdy popatrzymy na filmy, w których często wykorzystuje się motyw „alternatywnej rzeczywistości” (Click, Shrek 4, Opowieść Wigilijna...), okazuje się, że główny bohater zawsze jest świadom zmian i choć wszyscy naokoło żyją w zupełnie innym, normalnym dla nich świecie, to on sam, najczęściej z przerażeniem, odkrywa, że wszystko jest inaczej niż było.
Krótko mówiąc, jego życie dzieje się jakby w dwóch wymiarach jednocześnie, to znaczy w tym samym czasie i w tym samym miejscu, ale... No właśnie, czy jest możliwe, że obok naszego, istnieje drugi taki sam świat, tyle że my go nie widzimy? To wydaje się skomplikowane, więc autorzy filmów fantasy, upraszczają fabułę, jak mogą. Na przykład Shrek, w momencie gdy udaje mu się odczarować klątwę Rumpelstiltskina, wraca do „swojego świata” dokładnie w tym samym momencie, w którym go opuścił, a tamten świat... No cóż, przestaje istnieć Wszystkie postacie zamieniają się w różowe świecące bąbelki, po czym znikają. Jest w tym, nawiasem mówiąc, pewna nieścisłość, bo nie znikają wszyscy, na przykład Piper i Ogry, z którymi Fiona tworzyła w „tamtym świecie” ruch oporu. W każdym razie, alternatywna rzeczywistość, ot tak po prostu, sobie znika. Choć przecież się wydarzyła. A wydarzyła się na pewno, bo Shrek wszystko pamięta. O co więc tu chodzi?
Oczywiście nikt się nad takimi drobiazgami nie zastanawia, to w końcu tylko film i taka sobie zwyczajna bajka. Ale jak by to wyglądało naprawdę, gdyby było możliwe? Jeśli przyjmiemy, że w każdej chwili naszego życia, znajdowaliśmy się w punkcie, w którym mogliśmy podjąć jakąś decyzję, to znaczy że istniało tam rozgałęzienie na wiele możliwych dróg, którymi to życie mogło się potoczyć. Zakładając, że mamy kilka wariantów wydarzeń i że wybór jednego z nich nie tylko determinuje wybór jednego z wielu odgałęzień, ale również tworzy nowe punkty decyzyjne, możemy powiedzieć, że liczba tych odgałęzień w całym naszym życiu, jest nieskończona i zupełnie nieprzewidywalna.
Przyjmijmy, że w którymś tam momencie zrobiliśmy coś inaczej, to wytworzyło nową sytuację, w której musieliśmy dokonać wyboru, dokonaliśmy go, a to spowodowało powstanie kolejnych punktów... Nie da się powiedzieć, gdzie byśmy byli dziś i czy w ogóle byśmy byli. Najważniejsze jest jednak to, że nie znalibyśmy w ogóle ŻADNEJ innej rzeczywistości i żadnego innego scenariusza, niż właśnie tamten.
Pytanie, które się przy tej okazji rodzi i do którego w gruncie rzeczy od samego początku zmierzam, to próba zrozumienia, co to znaczy, że „Bóg kieruje naszymi losami”, pozostawiając nam jednak wolność wyboru. Dlaczego na przykład „pozwolił”, żeby istnieli tacy ludzie jak Hitler, Stalin, czy Marks... Otóż wyobrażam sobie, że jako Bóg, jest w stanie zobaczyć, każdą możliwą rzeczywistość, jaka mogłaby się wydarzyć, po zmianie parametrów wyjściowych, w dowolnym punkcie wyboru. A ponieważ może ją zobaczyć od początku do końca, więc wybranie tej właściwej jest już dziecinnie proste. My oczywiście tego nie widzimy, więc nie możemy mieć pojęcia, do czego, gdzieś w dalekiej przyszłości, doprowadzi fakt istnienia osobnika o nazwisku Hitler i co by się stało, gdyby się cofnąć w czasie i Adolfka dyskretnie „sprzątnąć”. Pomyślimy - nie zginęłoby wtedy 50 milionów ludzi... Czy aby na pewno? Przecież to nie Hitler sam ich wymordował. My się przyzwyczailiśmy, żeby winą za zbrodnie wojny, obarczać jednego człowieka. Jakoś nie widzimy tych setek tysięcy pojedynczych, często nikomu nieznanych oprawców, bandytów, esesmanów, którzy palili, wieszali, zabijali, gwałcili i grabili... Książki od historii nie wspominają o zwykłych robotnikach, sprzedawcach, fryzjerach i szewcach, którzy wyrywali więźniom złote zęby i obcinali im palce, razem z pierścionkami, czy obrączkami, żeby jakoś „podreperować domowy budżet”, skoro znaleźli się na tej wojnie...
Czyli nie Hitler. To kto w takim razie? To mógłby być ktokolwiek. Zastanawialiście się kiedyś, co Wy byście zrobili, gdyby Was postawić w konkretnej sytuacji, w konkretnym czasie i otoczonego tymi samymi ludźmi? A jeśli jeszcze dodać do tego waszą przeszłość, to, jakich mieliście rodziców, jakie wychowanie... Jeśli nawet przyjmiemy, że Bóg stworzył każdego z nas innego, dał nam inne talenty, to jednak wciąż wiele zależy od tak zwanych okoliczności. Przypomnijcie sobie film „Nieoczekiwana zmiana miejsc”. Eddie Murphy, jako Billy Valentine, świetnie sobie radzi na giełdzie, co było zresztą przedmiotem zakładu pomiędzy tymi dwoma starymi dziadami, Randym i Mortimerem. Jeden z nich, nie pamiętam który, właśnie się upierał, że zdolności nie mają tu nic do rzeczy, wystarczy wziąć pierwszego lepszego żebraka z ulicy i umieścić go na miejscu człowieka „z towarzystwa”, a da sobie radę tak samo, a może nawet lepiej. No i o to się założyli...
Co więc powoduje, że jeden z nas zostanie Hitlerem, a drugi Ojcem Pio? Czemu jedna kobieta staje się Margaret Sanger, a inna Matką Teresą z Kalkuty? Niestety, tego nie wiemy. Gdybyśmy potrafili to przewidzieć, prawdopodobnie uniknęlibyśmy wielu tragedii – powiecie. Ale tak samo myślał ten chłopak w filmie „Efekt Motyla”.
Wydaje mi się, że nic o tym nie decyduje. Bardzo łatwo jest wytłumaczyć pokręcone ludzkie losy, istnieniem przeznaczenia. Niektórzy mówią, że „Bóg przeznaczył kogoś, by stał się takim, albo innym człowiekiem”. Otóż nie. To, że Bóg wie, kim zostanie to niemowlę, gdy dorośnie, nie oznacza, że jego los jest już przesądzony. Bóg po prostu potrafi zobaczyć przyszłość w taki sam sposób, jak my widzimy teraźniejszość. Nie pytajcie, jak On to robi, bo nie mam pojęcia...
Za chwilę będę musiał podjąć decyzję. Powiedzmy, że mam do wyboru dwie drogi. Albo w lewo, albo w prawo. Naprawdę, nie jest nigdzie „zapisane”, że pójdę w prawo. Rzecz w tym, że jeśli dokonam wolnego wyboru i pójdę w prawo, to stanie się to w przyszłości. Bóg tą przyszłość widzi. Widzi nieskończoną ilość przyszłości. My tego nigdy nie zrozumiemy, ponieważ myślimy kategoriami naszego ułomnego rozumu. W naszych ciasnych głowach wyobrażamy sobie, że jeśli ktoś zna przyszłość, to znaczy, że ta przyszłość jest już zdeterminowana. Nie jest. My po prostu zapominamy, że w tym przypadku, to nie jest zwykły „ktoś”, ale Bóg. Istota, której nie możemy pojąć i nawet nie powinniśmy próbować pojąć. Wydawałoby się, że prościej się już nie da, ale... Spróbujmy.
Wyobraźmy sobie, że mamy przed sobą ekran, na którym w jednym momencie wyświetla nam się teraźniejszość i przyszłość całej ludzkości. Wszystkie wydarzenia, wszystkie punkty krytyczne w całej „przyszłej” historii wszystkich ludzi na świecie. Wszystkich, to znaczy tych, którzy są i którzy dopiero będą. Czy mając taki widok (nawet tego nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić) i mając nieograniczoną władzę, dowolnego przekształcania całej tej historii, moglibyśmy pokierować nią tak, żeby „wszystko skończyło się dobrze”? Ale uwaga! Obowiązuje nas tylko jedna, jedyna reguła. Na żadnym etapie, nigdy, nie wolno nam ograniczyć wolności żadnego człowieka. Czy nadal wydaje się to takie łatwe?
To jest jak gra w szachy, tylko na nieskończonej liczbie szachownic, i z użyciem ograniczonej, ale niewyobrażalnie wielkiej liczby pionków, oraz figur. I wszystko musi wyjść tak, żeby „wygrać” w skali globalnej. Wydaje się to niemożliwe, nawet dla Boga, czego dowodem wydają się być wszystkie wojny, rzezie, holokausty, ludobójstwa i inne akty naszej wolnej woli. Dlatego nie wiem, nie jestem pewien, czy nasz świat jest jedynym istniejącym światem, czy jest ich nieskończenie wiele. Zastanawiają się nad tym naukowcy i próbują rozgryźć problem, za pomocą fizyki kwantowej, z którą jest jednakże ten kłopot, że jej prawa nie bardzo dają się zastosować do obiektów większych. Takich, jak Wszechświat na przykład. Wszechświatem rządzi Teoria Względności Einsteina, która z kolei nie bardzo daje się upchnąć w świecie mechaniki kwantowej. Wydaje się, że wystarczy po prostu znaleźć ten jeden wspólny punkt, jedno wspólne prawo, a powstanie „Teoria Wszystkiego” i nagle będziemy w stanie wyjaśnić to, do do tej pory pozostawało niewyjaśnialne.
Ponieważ zawsze chciałem zrozumieć, jak, po co i dlaczego, zacząłem zgłębiać różne nauki, próbować zrozumieć teorię względności*, nauczyć się fizyki kwantowej, poznać nowoczesną astronomię, matematykę… Zacząłem czytać Penrose'a, Feynmana, studiować prace Hawkinga, a nawet samego Einsteina, i… Bardzo szybko doszedłem do wniosku, że to wszystko jest zupełnie pozbawione sensu.
* Są naukowcy, którzy twierdzą, że „teoria względności Einsteina” jest tak prosta, że właściwie każdy może ją zrozumieć bez większych kłopotów. Nie słuchajcie ich. Oni kłamią… W literaturze naukowej aż roi się od tytułów „Teoria względności dla laików”, albo „Teoria względności w dziesięć minut”, ale konia z rzędem temu, kto to przeczytał i naprawdę zrozumiał. Nie mówię tu o wykuciu na pamięć definicji, ale o zrozumieniu, o co w tej teorii tak naprawdę chodzi. Dlaczego więc nas okłamują? Ponieważ ta teoria niczego nie odkrywa i niczego nie wyjaśnia. Przypomnijcie sobie scenę z „Mieszczanina szlachcicem”, Moliera, kiedy to Pan Jourdain pragnie nauczyć się manier i poszerzyć swoją wiedzę, a nauczyciel filozofii uświadamia mu, że jego codzienne, niewymuszone wypowiedzi („Michasiu, podaj mi pantofle”) są właśnie prozą. Pan Jourdain uświadamia sobie, jak wielkiego odkrycia właśnie dokonał i dzieli się nim, ze wszystkimi naokoło, wywołując ogólne zażenowanie.
Otóż teoria względności, wydaje się być tego rodzaju odkryciem. Zacytujmy definicję wygenerowaną przez AI, po zapytaniu w pierwszej z brzegu wyszukiwarce...
„Teoria względności Alberta Einsteina rewolucjonizuje nasze rozumienie czasu, przestrzeni i grawitacji, mówiąc, że nie są one absolutne, ale względne i zależą od ruchu obserwatora, łącząc je w czasoprzestrzeń, a grawitację traktując, jako zakrzywienie tej czasoprzestrzeni przez masę i energię.
Kluczowe idee to: względność ruchu (nie ma ruchu absolutnego), stałość prędkości światła (maksymalna prędkość Wszechświata), dylatacja czasu i skrócenie długości, a w Ogólnej Teorii Względności – zasada równoważności (grawitacja i przyspieszenie są nierozróżnialne).”
Chciałoby się zapytać – No i co? To wszystko? Myślę, że właśnie dlatego mam problem ze zrozumieniem teorii względności. Po prostu, jeśli wszyscy mówią, że teoria ta „rewolucjonizuje nasze rozumienie czasu, przestrzeni i grawitacji”, to spodziewam się jakiejś rewolucji, a nie stwierdzenia, że „ruch jest względny”. Bo to wiem, bez teorii. Skoro jadę pociągiem i mam na stoliku kawę, to dla mnie ona stoi w miejscu, ale dla kogoś stojącego na peronie, porusza się, razem ze mną i całym pociągiem. A dla kogoś, kto stoi sobie na Księżycu, facet na peronie też się porusza, razem z Ziemią. Czy naprawdę nigdy nie zastanawiało Was, jak taka oczywista zasada może być "rewolucyjna"?
Przeczytałem trochę książek, głównie tych w rodzaju „Teoria względności dla opornych”, usiłując odnaleźć, poza tą oczywistością, jakiś głębszy ukryty sens, który każe nazywać ową teorię „rewolucyjną” i nie znalazłem. A wszyscy ci, których pytałem i prosiłem, żeby mi wyjaśnili, robili skrzywioną minę, a później stękając, że to proste, zaczynali od kilku prostych wzorów matematycznych, które wyglądały mniej więcej, jak na tym rysunku, nota bene, pochodzącym z książeczki o teorii względności...
Czasami mam wrażenie, że „król jest nagi” i tylko ja jestem tym dzieciakiem, który to widzi.* Wszyscy inni kiwają z uznaniem głowami i udają, że widzą, jakie ma piękne szaty. I teraz powiem coś, co delikatnie mówiąc, będzie „odważne”, ale wydaje mi się, że tym jest właśnie współczesna nauka. Szatami cesarza, których tak naprawdę nie ma...
* Potraktujcie te teksty o "bezsensowności teorii względności", z przymrużeniem oka. Oczywiście teoria ta ma sens i bez wątpienia jej odkrycie było przełomowym, choćby dlatego, że możemy dzięki niej poznać budowę Wszechświata. Sama w sobie jednak, niczego specjalnego nam nie mówi. To po prostu rodzaj "super narzędzia"...
A może by tak spróbować ugryźć problem z innej strony? Może nie warto usiłować za wszelką cenę, zrozumieć wszystkiego, a to, czego nie rozumiemy, wyjaśnić inaczej, nie naukowo? Może ci „naukowcy” właśnie dlatego stanęli w miejscu, bo Stwórca Wszechświata nie chce, żebyśmy szli dalej tą drogą? Andrzej Dragan, który jest ateistą i wszystkich wierzących w Boga nazywa pogardliwie „filozofami, których należałoby powiązać w pęczki i wystrzelić w kosmos”, powiedział, że „Cała współczesna fizyka, mimo sukcesów nieporównywalnych z czymkolwiek innym, to nauka ordynarnie prosta (...) Cała ta czarna dziura, co do której mylił się Einstein, to w gruncie rzeczy najprostszy obiekt, jaki można sobie w ogóle wyobrazić: nieskończenie mały punkt o pewnej masie, umieszczony w pustej przestrzeni. To wszystko! To właśnie jest czarna dziura, nic więcej!”
A pomimo to, w innym miejscu mówi, że „Nadal niczego nie wiemy „na pewno”. Fizyka w ogóle niczego nie „udowadnia”, bo nie wie jak. (...) I gdy jakieś prawo przyrody fizyk nazywa „fundamentalnym”, to ma na myśli tylko jedno, że nikt nie ma zielonego pojęcia, skąd to prawo się w ogóle bierze. Wiemy też, co robić, gdy odkrywamy jakieś zjawisko albo pojęcie, którego nie rozumiemy — nadajemy mu „mądrą” nazwę. Nie wiemy, czym jest „czas”, czym jest „przestrzeń” i dlaczego jest akurat trójwymiarowa, co to jest „masa”, skąd się biorą stałe fizyczne i ile wynoszą, czemu mion jest akurat 200 razy cięższy od elektronu? Mógłbym tak wymieniać i wymieniać. Drzewa wciąż zasłaniają nam las.”
No tak, to po co nam w takim razie fizyka? Andrzej Dragan, powołując się na ewangeliczne kryterium oceniania po owocach, twierdzi, że „Nauka dała też ludzkości wiele ważnych efektów ubocznych. Naukowcy szukający lekarstwa na zeza u szympansów zauważyli, że testowany preparat co prawda na zeza niezbyt pomaga, ale po stosownej kuracji małpy stają się jakby piękniejsze. Tak odkryto botoks. Efektem ubocznym „fundamentalnej” fizyki jest też laser, tranzystor i internet. Wszystko dlatego, że przestaliśmy wierzyć, a zaczęliśmy sprawdzać.”
No więc przyjrzyjmy się tym „owocom”... Co dał ludzkości cały ten postęp? Co nam przyszło z tego, że wiemy, jak się rozmnażają myszy? Co przeciętnemu człowiekowi daje fakt, że odkryto teorię względności (nie licząc powstania bomby atomowej)? Co nam daje zrozumienie struktury całej chemii? Co w ogóle nam daje chemia? To, że wszystko jest zatrute, a żywność produkuje się w laboratoriach, zamiast na polu, czy w oborze? Że mamy koncerny farmaceutyczne, które trują ludzkość? A może pestycydy i ogólnie, środki ochrony roślin? A co z ochroną człowieka? Co do ostatnich trzech wynalazków, to chciałbym (naprawdę!) się dowiedzieć, w którym miejscu laser, tranzystor i internet, uczyniły życie człowieka lepszym? Zwłaszcza, jeśli chodzi o internet...
Dalej Andrzej Dragan stwierdza, że „można by napawać się dumą… ” Nie, ja nie widzę powodów, żeby napawać się dumą. Nauka poszła w złą stronę. W stronę zniewolenia jednego człowieka przez drugiego, a raczej zniewolenia całych mas, przez jednostki. Tak naprawdę, nauka dała nam całe mnóstwo narzędzi, które tylko w niewielkim procencie są wykorzystywane dla dobra ludzkości. Cała reszta, jest narzędziem zła… Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby Hitler, albo Stalin, mieli dostęp do dzisiejszej technologii... A może takie „Hitlery” wciąż istnieją? Tylko że właśnie dzięki technologii, my ich nie widzimy? „Program depopulacji”, o którym dziś się tyle mówi, jest być może cały czas realizowany?
W całej Drugiej Wojnie Światowej, zginęło około 50 milionów ludzi. Dziś, każdego roku, zabija się znacznie więcej. Aborcje, to 45 milionów rocznie. Ofiary eutanazji, tak zwanej „opieki medycznej”, wojny biologicznej, to kolejne 20 milionów. A gdzie reszta? Gdzie masowe zgony wywołane przez skażenie środowiska, przez promieniowanie elektromagnetyczne, przez zatruwanie żywności?
Tak, z pewnością ten cały postęp, te „efekty uboczne nauki”, o których z dumą wspomina profesor Dragan, to jest coś, co może zrobić wrażenie. Blisko sto milionów istnień rocznie (ile dokładnie, tego się nie da ustalić), głód, choroby, cierpienie, zniewolenie całej ludzkości, i skala kłamstwa, o jakiej się nikomu nigdy nie śniło, to jest wszystko co osiągnęła nasza cywilizacja. To ja poproszę, żeby uwolnić „filozofów” i zamiast nich, wystrzelić w kosmos, powiązanych w pęczki naukowców.
Poznęcam się jeszcze trochę nad profesorem Draganem, który powiedział: "Domyślam się, że nieustanny brak odniesień do Boga w prasie fizycznej stał się źródłem podejrzenia, że w naukach przyrodniczych ateizm „obowiązywał” jako „oczywisty paradygmat”. Tylko czy nie jest przypadkiem tak, że, pisząc Laplace’m, w przyziemnej pracy fizyka „hipoteza Boga po prostu nie jest potrzebna”? A uprzejmość wymaga, by w naukowych artykułach nie pisać o rzeczach niepotrzebnych?"
Kolejny i ostatni już cytat: "Marek Abramowicz przywołał Einsteina, twierdząc, że ten „wierzył w Boga szczerze i głęboko”. Jako że od Einsteina zaczęliśmy, wypada na nim zakończyć. Zaledwie rok przed śmiercią Einstein wysłał bowiem do Erica Gutkinda list, w którym pisał:
„Słowo Bóg jest dla mnie niczym innym jak tylko słowem i wytworem ludzkich słabości, a Biblia zbiorem czcigodnych, ale dość dziecinnych legend”.
Pomijając, że Einstein niekoniecznie to powiedział, albo tuż przed śmiercią, mu się poprzestawiały niektóre klepki, Andrzej Dragan chce nas przekonać, że skoro fizyka nie potrafi „dowieść” istnienia Boga, to znaczy, że nie warto o Nim w ogóle rozmawiać. Nie warto brać pod uwagę, ani Jego, ani żadnej teorii, wyjaśniającej sens Wszechświata, jako Boskiego Stworzenia.
Jeśli tak, to ja również powołam się na ewangeliczne kryterium oceny „po owocach” i podziękuję naukowcom. Nie wymyślili właściwie niczego, co uczyniłoby świat lepszym, nie mówiąc już o życiu samego człowieka. Niech mi tylko nikt nie wspomina o „postępie medycyny”, bo jeśli chodzi o tą urazową, to faktycznie, potrafi ona dokonywać cudów, ale za jaką cenę? Jeśli zaś chodzi o choroby przewlekłe, to rzeczywiście, współczesna medycyna może pochwalić się niesamowitym "sukcesem". Prawie sto procent populacji na całym świecie, jest chore.
O rzeczywistych „osiągnięciach” cywilizacji i o tym, w którą stronę powinna pójść ludzkość, napisano już całe biblioteki książek i ja nie zamierzam pisać kolejnej. Chciałem tylko powiedzieć parę słów, na temat idei, od której zacząłem. Że być może nasz świat nie jest jedyny? Że być może istniejemy w wielu innych wymiarach, jednocześnie? Nie wiemy, jak wygląda tablica rozdzielcza, na którą patrzy nasz Stwórca. Nie mamy pojęcia, jakich narzędzi używa, a raczej... Jak On to robi, bo być może nie potrzebuje żadnych „narzędzi”? I jeśli będziemy starali się poznać przede wszystkim Jego, to może dzięki temu poznamy prawdę i nie będziemy musieli się prosić fizyków, żeby nam raczyli cokolwiek wytłumaczyć?
Podam Wam przykład. Czytając książkę Brandstaettera „Jezus z Nazaretu”, zrozumiałem znacznie więcej, niż po przeczytaniu całej biblioteki naukowej. Szczerze mówiąc, to z tej naukowej, zrozumiałem niewiele. A raczej… Nie znalazłem odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Zawsze myślałem, że przez naukę, poznajemy Świat stworzony przez Boga, a więc poznajemy Jego Samego. Ale okazuje się, że nauka nie zmierza w kierunku poznania Boga. Wręcz przeciwnie, jeśli w ogóle zahacza o temat Boga, to raczej stara się znaleźć dowody, że On nie istnieje.
I nie pitolcie mi, że nauka „służy ludzkości”, bo dobrze wiemy, jaki jest mechanizm. Miejsca skupiające naukowców, to oczywiście uniwersytety, instytucje naukowe, laboratoria i obserwatoria astronomiczne. Żeby mogły istnieć, potrzebują pieniędzy. I to dużych pieniędzy. Zwykły wykład, wymaga sali, którą trzeba wynająć, oświetlenia, ogrzewania, nagłośnienia, no i jakiejś reklamy w mediach, bo inaczej, skąd będzie wiadomo, że taki wykład w ogóle ma zamiar się odbyć? A co z badaniami? Ze sprzętem laboratoryjnym? Z pensjami dla całej rozbudowanej administracji i samych „naukowców”? To nie są te czasy, kiedy za cały sprzęt wystarczyło kilka probówek, palnik i waga szalkowa z odważnikami. Dziś, żeby zrobić cokolwiek, trzeba mieć akcelerator cząstek elementarnych (cokolwiek to znaczy), albo wielki zderzacz hadronów. To jest cała masa dostawców, wykonawców, podwykonawców i… Powiecie, że to dobrze, bo wielu ludzi ma pracę. No tak, ale poza pracą, co z tego mają, skoro wiadomo, że te wszystkie badania są finansowane przez jakiegoś bogacza, którego interesuje tylko kasa?
Weźmy koncerny farmaceutyczne. One będą tępić znachora leczącego ziołami, ponieważ zainwestowali miliony dolarów w opracowanie jakiejś pastylki (która nie jest nawet w połowie tak skuteczna, jak te zioła) i teraz ta kasa ma się im zwrócić. Czy ktoś ma złudzenia, że z całą nauką jest inaczej? Inwestorów interesuje tylko jedno – Czy będzie z tego jakiś zysk!
Jak na tym tle brzmi cokolwiek, co możemy znaleźć w Ewangelii? Co może nam zaoferować Bóg? W kółko to samo ględzenie o miłości bliźniego i o nawróceniu? W kółko te same slogany o „patrzeniu sercem”? To jest strasznie nudne. I nie można tego sprzedać… Kaznodzieje siłą nie mogą zagonić ludzi do kościołów, żeby posłuchali Słowa Bożego, a jakby jeszcze kazali sobie za to płacić? Poza tym, gdy w towarzystwie powiecie coś na temat „Zasady nieoznaczoności Heisenberga”, albo wyjaśnicie niedbałym tonem „Równanie Schrodingera dla atomu wodoru”, to… Wow! Dziewczyny będą się w Was wpatrywać szeroko otwartymi oczami, a faceci pospadają z krzeseł, z zazdrości. A spróbujcie powiedzieć, że waszym największym pragnieniem jest znalezienie się jak najbliżej Jezusa i nie marzycie o niczym innym, żeby to, co robicie, znalazło uznanie w oczach Boga… Na przykład. Bo jest jeszcze całe mnóstwo rzeczy, które możecie powiedzieć, w podobnym tonie i które spowodują, że ludzie zaczną sobie kręcić, poza waszymi plecami kółka na czole i nazywać Was „nawiedzonymi”.
A teraz połóżcie sobie rękę na sercu, albo spójrzcie, korzystając z lustra, we własne oczy i powiedzcie… Jeśli to nie jest akurat wasza praca, z której macie chleb, to czemu właściwie chcecie zrozumieć teorię względności? Albo umieć wyprowadzić wzór na równanie Schrodingera? Czemu „Kwantechizm” Andrzeja Dragana sprzedaje się w rekordowym nakładzie, a „Katechizm Kościoła Katolickiego” zalega na półkach księgarni? Odpowiedź jest prosta. Ponieważ w „Kwantechizmie” jest dużo fajnych tekstów, które można cytować w towarzystwie, dzięki czemu błyśniemy wiedzą i dowcipem. W „Katechizmie”, znajdziemy co najwyżej tekst w rodzaju „Bóg z miłości objawił się i udzielił człowiekowi. Przynosi w ten sposób ostateczną i przeobfitą odpowiedź na pytania, jakie stawia sobie człowiek o sens i cel swojego życia…”
Jakby co, to ja też oczywiście przeczytałem „Kwantechizm”, od deski do deski, a żeby rozumieć cytaty, którymi mógłbym „zabłysnąć”, albo kogoś „zaorać”, zgromadziłem też całe mnóstwo innych uczonych książek i… Nie dokończyłem ich, bo stwierdziłem, że to bez sensu. Albo inaczej. Uświadomiłem sobie, czy może uświadomił mi to Duch Święty (tak, wiem, że już teraz niektórzy z Was się skrzywili, jakby ich coś zabolało), że cała ta wiedza jest mi potrzebna wyłącznie do zaspokojenia mojej pychy. Prawdziwa wiedza zawiera się w tym jednym zdaniu, które zacytowałem, zupełnie „na chybił trafił”, z Katechizmu… „Bóg z miłości objawił się i udzielił człowiekowi. Przynosi w ten sposób ostateczną i przeobfitą odpowiedź na pytania, jakie stawia sobie człowiek o sens i cel swojego życia…”
Znalazłem jeszcze coś… „Pragnienie Boga jest wpisane w serce człowieka, ponieważ został on stworzony przez Boga i dla Boga. Bóg nie przestaje przyciągać człowieka do siebie i tylko w Bogu człowiek znajdzie prawdę i szczęście, których nieustannie szuka…”
Wyobrażacie sobie to? „Prawdę i szczęście, których nieustannie szuka” ? Po cóż mi potrzebne cokolwiek innego? No tak, ten sam Katechizm mówi, że „Jedynego i prawdziwego Boga, naszego Stwórcę i Pana, można poznać w sposób pewny przez pośrednictwo Jego dzieł, za pomocą naturalnego światła rozumu”. Czy tutaj się przypadkiem, jednak trochę nie zagubiliśmy? To Bóg jest naszym pragnieniem! To Jego chcemy poznać i Jego chcemy odnaleźć! przez Jego dzieła. Nie te „dzieła” są naszym celem, ale On!
Jeśli więc jakaś nauka, czy w ogóle „nauka” nie przybliża mnie do Boga, jest bezużyteczna. Nadaje się do zarabiania pieniędzy, jeśli jesteś zawodowcem, albo do zaspokojenia swojej pychy, jeśli nim nie jesteś. Odkryłem to, próbując zrozumieć niektóre prawa mechaniki kwantowej. Owszem, to niesamowite, że jeden elektron potrafi być jednocześnie w dwóch miejscach i przyjemnie jest wiedzieć, że się to wie, ale co z tego wynika? Czy to, że już niedługo będziemy mieć komputery kwantowe, przewyższające mocą obliczeniową, wszystko co znamy do tej pory, miliony razy? Szybszą komunikację? Sprawniejszą „Sztuczną Inteligencję”?
Dziękuję, ale nie chcę. Bo to najprawdopodobniej oznacza milion razy łatwiejsze zniewolenie człowieka i zapanowanie nad światem. To oznacza Armagedon dla nas wszystkich. Prędzej, czy później to się stanie, jakie to ma znaczenie, kiedy? Chyba nie wierzycie w te bzdury, że „to oznacza postęp medycyny, wyeliminowanie chorób, czy zlikwidowanie nierówności społecznych”. To są bajki dla głupich dzieci. W rzeczywistości żaden wynalazek człowieka nie powstał właśnie po to. Materiał wybuchowy miał przebijać tunele przez góry, budować drogi, łączyć ludzi. Najpierw został użyty do zabijania. Bomba atomowa miała zapewnić pokój na świecie, ponieważ jej twórcy uznali, że gdy będą mieli tak straszne narzędzie zagłady w ręku, to nikt nie odważy się go użyć. A jednak się odważono. Samolotu, w pierwszej kolejności użyto do bombardowań, a dopiero dużo później do przewożenia ludzi. Lot na księżyc, był efektem „Zimnej Wojny”, a opanowanie przestrzeni kosmicznej, jest od lat mrzonką wszystkich mocarstw, by zapanować nad resztą świata. Jak myślicie, czemu służą te wszystkie badania nad mechaniką kwantową i sztuczną inteligencją? Już widzimy pierwsze zastosowania, głównie w Chinach, gdzie w samym tylko Pekinie jest zainstalowanych kilka milionów kamer i nie puścisz bąka na ulicy, żeby władze o tym się nie dowiedziały. Jeśli te technologie trafią w ręce ludzi obłąkanych, a one JUŻ w ich rękach się znajdują, to naprawdę nasze życie przestanie być wesołe.
Wcale mnie nie dziwi, że tacy ludzie, jak Andrzej Dragan, śmieją się z Boga i mówią, że to są bajki. Oni nie są winni. Oni po prostu są częścią maszyny. Częścią tego diabelskiego systemu, w którym każdy trybik musi mieć pewne określone właściwości. Jeśli ich nie ma, jest odrzucany przez system i zastępowany innym trybikiem. Ci ludzie znajdują się doprawdy, w tragicznej sytuacji. Podpisali cyrograf z diabłem. Sprzedali własną duszę, za pracę, za wysokie zarobki, za wygody, za sławę i najgorsze, najbardziej godne pożałowania jest to, że nawet tego nie wiedzą, bo nie wierzą w istnienie tego, który im ów cyrograf podsunął…
Jedynym naszym ratunkiem jest schronienie się w objęciach Boga. Naszego Ojca, który jest Wszechmocny i to On kieruje losami świata. Jeśli pewnego dnia zapragnie, żeby ten cały pomnik, który ludzie zbudowali złu, ta iluzoryczna konstrukcja nazwana postępem nauki, rozpadła się, niczym domek z kart, wystarczy tylko Jego jedno słowo. I nic nam nie zrobią… A to jest tylko „efekt uboczny” bycia z Ojcem. Nie chcemy z Nim być tylko po to, żeby nas obronił. Chcemy z Nim być, ponieważ Go bezgranicznie kochamy. Pomyślcie… Na ziemi, często mamy naszych „biologicznych ojców”, którzy nas nie rozpieszczają. Wrzeszczą na nas, biją i przedkładają flaszkę wypitą z kumplami, nad chwilę spędzoną z nami. A pomimo to, jednak ich kochamy i gdy stoimy nad nimi, w szpitalu, gdy dokonuje się ich żywot, nie potrafimy powstrzymać łez…
Czy nie wydaje się więc oczywiste, ilekroć mocniej powinniśmy kochać naszego Ojca w Niebie, który nigdy nas nie sprał, nigdy nie nazwał nas debilem i nigdy nie poszedł na wódkę, zostawiając nas na pastwę losu? Nigdy w nas nie zwątpił, po raz tysięczny wybaczał nam ten sam grzech i z łagodną cierpliwością wysłuchiwał naszych irracjonalnych próśb i planów na życie?
A jednak, tak trudno nam „zaskoczyć”. Chechłamy tę naszą wiarę, jak rozrusznik na dwudziestostopniowym mrozie, a ona wciąż nie chce odpalić. Nie ma iskry… Trudno powiedzieć, co jest przyczyną i co może być tą iskrą. Ja sam nie za bardzo mogę się tutaj mądrzyć, bo „odpaliłem” dopiero po pięćdziesięciu latach „chechłania”. Nie wiem nawet ile akumulatorów zarżnąłem na śmierć. Nie liczyłem… A teraz, gdy silnik wreszcie zaskoczył, wydaje się to takie proste. A proste nie jest. Trzymając się analogii do samochodu, powiedziałbym, że było dużo innych usterek. Przerdzewiałe przewody hamulcowe, pęknięta sprężyna zawieszenia, kompletnie wyrobione przeguby na drążkach kierowniczych, łyse opony, nadłamana podłużnica ramy… Gdybyśmy dostali tą iskrę wcześniej, i tak byśmy nigdzie nie dojechali. Może po prostu trzeba było te wszystkie rzeczy naprawić? Może musiał upłynąć pewien czas, żeby wszystkie usterki umieć zdiagnozować? A teraz, gdy już jedziemy, nie zaskoczy nas żadna z nich, bo na przykład luzy na drążkach, od razu wyczujemy, po jednym drgnięciu kierownicy?
Wiem, że moje porównanie jest nieudolne, ale tak mniej więcej to rozumiem. I tak, uważam, że być może istnieją owe „wieloświaty”, ale ja sobie je wyobrażam dokładnie tak, jak opisałem to na początku. Każdy poważny „naukowiec”, wyśmieje moją teorię. Wyśmieje to, że sprawia mi radość zbliżenie się o parę centymetrów do poznania mojego Boga. Bo według niego, „W pracy fizyka, hipoteza Boga nie jest do niczego potrzebna”…
Podsumowanie jest proste. Jestem wolnym człowiekiem, więc zamierzam zrezygnować z całej mojej biblioteki na temat teorii względności, mechaniki kwantowej i teorii strun. Nie będę się uczył matematyki, choć miałem taki plan i nie będę próbował zrozumieć do końca, tej cholernej teorii względności. Będę czytał Brandstaettera, Ewangelie, Ojców Kościoła i inne takie bajeczki, a całą resztę, możecie sobie zabrać. I od czasu do czasu, wprawić w zachwyt waszych znajomych, wyjaśniając im niedbałym tonem, równanie Shrodingera, dla atomu Wodoru…










%20%E2%80%94%20Skala%20(72%25).png)




Komentarze
Prześlij komentarz