Gdzieś w mordobijskim powiecie...
Całkiem niedawno, pewien dobrze poinformowany człowiek (może agent jakichś ciemnych sił?) opowiedział mi bardzo interesującą historię o mieście z którego pochodzi i w którym żyje. Dla uniknięcia niepotrzebnych i głupich komentarzy, które mogłyby zaszkodzić poczciwym mieszkającym tam obywatelom, nazwijmy je tymczasowo Pstrzęclewicami. Ot, takie średnie, niegdyś czterystu tysięczne, dziś z powodu masowej emigracji dwustu tysięczne miasto.
W mieście tym, od dawna władzę
trzymają dwie partie polityczne, z których jedną nazwijmy W a
drugą C. Proszę się nie doszukiwać żadnego znaczenia tych liter,
wybrałem je z naszego alfabetu zupełnie przypadkowo. Otóż te dwie
partie rządzą w Pstrzęclewicach od jakichś dwudziestu sześciu
lat, czyli mniej więcej od dnia, w którym wybuchła w Polsce
"demokracja". Najpierw "rozprawiono się z tymi
wstrętnymi komuchami", a władzę przejęli, oczywiście na
drodze demokratycznych wyborów, sami kryształowi, uczciwi i w ogóle
do rany przyłóż, fachowcy. Na początku było tych partii tyle, że
aż trudno zapamiętać je wszystkie, zresztą jest to temat na
osobną opowieść. Prym wiodły takie ugrupowania, jak S, Z, P, R,
no i powiedzmy, M. Później S się zamieniło w X, Z w ogóle gdzieś
się zapodziało, w P nastąpiły pewne przegrupowania i zrobiło się
C, a M zmieniało nazwy kilka razy, aż ostatecznie przekształciło
się w W. Sytuacja na rynku politycznym ustabilizowała się i
wszystko było na jak najlepszej drodze do szczęścia i dobrobytu.
Przynajmniej tak obiecywano obywatelom przed każdymi kolejnymi
demokratycznymi wyborami. Ponieważ jednak obietnic nie dotrzymywano,
bo kolejnym władzom zależało tylko na korycie i na poupychaniu przy
tym korycie całej, swojej trzody, więc dał o sobie znać efekt
wahadła wyborczego i władza zaczęła się zmieniać praktycznie co
wybory. Najpierw rządziła partia C, ale nic z tego nie wyszło,
więc ludzie wybrali W. Gdy okazało się, że W kradnie i nic poza
tym nie robi, znów wygrała C. Rządzili krótko, bo zaraz odzyskała
władzę W. Teraz, gdy bezrobocie w Pstrzęclewicach wynosi nieco
ponad 30 procent, jedna trzecia mieszkańców wyjechała za granicę,
a podgardla "przedstawicieli ludu", którzy nawiasem
mówiąc dziwnie się rozmnożyli, znacząco urosły, wszystko
wskazuje na to, że w najbliższych wyborach znów powróci i to
triumfalnie stary dobry skład z C.
No i teraz przechodzimy do meritum. Mój
rozmówca zauważył, że pomimo iż partie się u koryta
Pstrzęclewickiego zmieniają, to ryje, przepraszam, twarze są jakby
wciąż te same. Okazało się, że istnieje pewna grupa polityków,
która niezależnie od tego, która partia wygra w wyborach, obsadza
najważniejsze stanowiska w urzędach i to są z reguły ludzie nie
do ruszenia. Nieusuwalni, przyspawani do stołków, na amen. Taki na
przykład pan F. Albo pan W. Rządziły komuchy, pan F był. Po
przemianach ustrojowych, gdy zaczynała S, pan F był. Był zawsze i
wciąż jest i biada temu, kto w Pstrzęclewicach spróbuje mu
podskoczyć. Jak to możliwe? Zastanawiał się mój Informator, aż
w końcu się dogrzebał.
Po prostu ci wszyscy najważniejsi
ludzie, którzy od lat trzęsą Pstrzęclewicami i występując w
obydwu tych partiach po trochu, zdając sobie sprawę, czym jest
"demokracja" i że istnieje coś takiego jak wahadło
wyborcze, wpadli na genialny pomysł. Otóż ci z partii C (a może
odwrotnie, to nieistotne) zadali tym drugim pytanie. Rozmowa mogła,
choć nie musiała, wyglądać mniej więcej tak:
- Joł joł frajerzy! Co, zadowoleni
jesteście, żeście wygrali?
- no jasne, to było pewne, jak dwa i
dwa daje cztery
- no i co teraz zamierzacie zrobić z
nami?
- to chyba jasne. Wylatujecie ze
stołków, a my obsadzamy je swoimi ludźmi. A co, wy byście tak nie
zrobili?
- no zrobili, zrobili i to jest właśnie
problem...
- problem?
- no problem, dla was. Jak myślicie,
kto wygra następne wybory? Przecież sami wiecie, że nic nie
zrobicie w tym gównianym mieście, poza oczywiście napchaniem
własnej kabzy, więc za parę lat ludzie was pozamiatają..
- cholera, w sumie racja... To co robić?
- O. I teraz zaczynacie mówić
rozsądnie. Bo my mamy dla was propozycję. Dil, geszeft, interes,
nazwijcie to jak chcecie.
- mówcie dalej...
- więc tak. Wy wygraliście, to
normalne że musicie powywalać naszych i powsadzać swoich, w końcu
wyborcy tego się spodziewają. Ale co mają zrobić ci nasi?
Przecież nie pójdą pracować w jakiejś fabryce za tysiąc
dwieście złotych, nie?
- a co my możemy zrobić?
- właśnie bardzo dużo. Otóż wy
znajdziecie tym naszym ludziom pracę. I to nie "jakąś pracę",
ale dobre stanowiska, z pensyjką minimum dwie trzy dychy na miesiąc
i żeby się nam za bardzo chłopcy i dziewczęta nie poprzemęczali
- a jak nie znajdzie się tyle posad?
- to stworzy się nowe. Wymyślicie
coś. Na przykład biuro d/s budowania stosunków partnerskich, albo
urząd krzewienia przy urzędzie miasta czegoś tam, w oparciu o
wytyczne unijne, itd. A pieniądze oczywiście się weźmie z kasy
miasta.
- O! To niezłe! A jak później wy
wygracie wybory...
- ... To te wszystkie posadki będą
dla was. Rozumiecie już?
- jasne! W mordę, to genialny
plan!
- no widzicie. Trzeba było tylko
chwilkę o tym pomyśleć...
- Hej! To właściwie teraz nie ma
znaczenia, kto wygra. Bo i tak jesteśmy ustawieni. Przecież możemy
ciągnąć tą grę w nieskończoność!
- ależ oczywiście towarzysze, to co,
ubijamy ten geszeft?
- ubijamy!
- no to dajcie grabulę...
I odtąd życie w Pstrzęclewicach
toczy się świetlanym, z góry zaplanowanym torem. Rzeczywiście powstało
wiele dziwnych instytucji i posad, których przeznaczenia nie mogą
odgadnąć nawet najstarsi i najmądrzejsi górale. Rzecz jasna są to
urzędy, które nie zatrudniają, bynajmniej, jednego człowieka. Jest
dyrektor, są prezesi, wiceprezesi, intendenci, sekretarze, kierowcy,
służbowe samochody, komputery, biura i pensyjki po kilkanaście tysięcy
złotych. A obywatele są
szczęśliwi, że mają demokrację. Zastanawiam się, w ilu polskich
miastach i miasteczkach dzieje się tak samo. Może w dziesiątkach,
może we wszystkich... Dobrze by było, żeby któregoś dnia ktoś
przyszedł i zrobił z tym porządek. I to definitywny. Wszystkich
panów F i panów W, na zbity pysk i żeby jeszcze oddali te majątki,
które zagrabili przez ostatnie dwie dekady. Żeby zabrać im te
działki, domy i mieszkania, które "kupili" za symboliczną
złotówkę, w lewych przetargach, zapewniając sobie astronomiczne
dochody na przyszłość i wygonić ich do pracy w fabrykach, co może
być trudne, bo zarówno w Pstrzęclewicach, jak i w całej Polsce
bezrobocie wynosi teraz około trzydziestu procent. Fabryki zostały
pozamykane, a te które przetrwały, zostały "sprywatyzowane"
przez towarzyszy, którzy nie zapłacą więcej niż 1200 złotych na
miesiąc.
Zrobi ktoś z tym porządek? Jest ktoś taki?


Komentarze
Prześlij komentarz