Parę słów o Świętym Pawle...

        Dzisiejsze czytanie, podczas niedzielnej mszy, to był Drugi List do Tymoteusza, w którym Święty Paweł wypowiada słynne zdanie: „Stoczyłem piękną walkę, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem”… Nie pamiętam kiedy i gdzie pierwszy raz usłyszałem te słowa, ale pamiętam dobrze, kiedy uderzyły mnie one ze szczególną mocą, jak nigdy przedtem. To było wtedy, gdy zmarła moja babcia. Ksiądz z mojej parafii, jeden z tych „młodych, fajnych, otwartych na ludzi”, wypowiedział je na cmentarzu, nad trumną… Wiem, co miał na myśli. Chodziło o to, by po „dobiegnięciu do mety”, móc podsumować swoje życie tak, by nie żałować, że czegoś się nie zrobiło tak, jak się zrobić powinno. Dlaczego te słowa tak mną wstrząsnęły, wtedy i dziś, opowiem za chwilę. Chciałbym jednak podzielić się z Wami pewną refleksją, pewnym nic nie znaczącym wydarzeniem z tamtego dnia, kiedy moja babcia leżała w szpitalu, otoczona rodziną i gdy było wiadomo, że to są już ostanie jej chwile, ostatnie metry na ostatniej prostej…


        Babcia nie była dla mnie dobra, tak, jak zwykle się słyszy o babciach. Owszem, kiedy byłem mały, to było zupełnie co innego, ale później… Typowe problemy. Faworyzowanie innych wnuczków, które przeniosło „się samo” z nierównego traktowania swoich dzieci, konflikt tamtejszej rzeczywistości, z rzeczywistością, w której babcia dorastała i w której rozpoczynała swój bieg. Wtedy oczywiście uważałem to za wielką niesprawiedliwość i nie była to, bynajmniej, jedyna rzecz, którą widziałem w zupełnie krzywym, pokręconym jak kawałek folii aluminiowej, z której właśnie odwinąłeś kanapkę, zwierciadle.

        To była oczywiście moja pycha i mój egoizm, który jest nieodrodnym dzieckiem pychy i który pozwala widzieć tylko czubek własnego nosa, a ocena innych ludzi, posługuje się jedynym kryterium. Na ile spełniają nasze oczekiwania i nasze wymagania. Łatwo jest powiedzieć – Babcia była dla mnie niedobra – trudniej, znacznie trudniej, ocenić obiektywnie, z czego wynika ta jej „niedobrość”. Tylko co nas może to obchodzić? Co z tego mamy, że spróbujemy zrozumieć drugiego człowieka? Nawet, jeśli to jest ktoś bliski… Tak tak! Bliskich, własnego ojca, własną matkę, własne dziecko, potrafimy paradoksalnie oceniać bardzo surowo. Tłumaczymy się fałszywie, że to dla ich dobra, ale tak naprawdę, nie mamy często litości dla nich, bo się ich po prostu nie boimy. Nie boimy się, że nam przywalą, że nas potępią, albo że za ich niesprawiedliwe potraktowanie, nie potępi nas ktoś inny. A Bóg? Nie, Nim się nie przejmujemy. Co On w ogóle może, skoro Go tu nawet nie ma, na miejscu. Gdzie jest? Nie wiemy i szczerze mówiąc, w ogóle nas to nie obchodzi… 

 

 

        Ale jest jeszcze coś… Ta przypowieść (obraz powyżej), kiedy ojciec poprosił o coś jednego ze swoich synów, a ten, choć odpowiedział – Tak ojcze – nawet nie ruszył swojego tyłka o milimetr. Drugi odpysknął coś na odczepnego, odmówił, ale zdjęty wyrzutami sumienia, poszedł i spełnił prośbę ojca. Być może, nawet nie informując go, że zmienił zdanie… Mam dwóch braci i tylko ja jeden, kłóciłem się z babcią jak wściekły. Podczas największej awantury, mój brat potrafił zapytać

– Zrobić babci herbaty?

To pytanie, z racji swej oczywistej przewrotności, bo obydwaj moi bracia, babcią po prostu gardzili, przeszło nawet do tak zwanej „rodzinnej legendy” i wielokroć powtarzane, było przedmiotem żartów i uciechy. W czasie jednak, gdy było zadane po raz pierwszy, miało to taki skutek, że babcia mnie nie lubiła i całym moim zachowaniu widziała wyłącznie zło, natomiast moi bracia, zawsze byli „uprzywilejowani”. To dla nich, nie dla mnie była szynka w lodówce, to oni mogli zajmować główny salon w mieszkaniu, gdy ja musiałem się zadowolić wersalką stojącą w kuchni i to oni mieli inne, liczne przywileje w tym domu, nie ja. I choć oczywiście chętnie skorzystałbym z owych przywilejów, to jednak myśl, że musiałbym zadać to oślizgłe pytanie – Czy zrobić babci herbaty? – napawała mnie wstrętem. Wprawdzie to sama babcia, a także moja mama, zawsze powtarzała mi, że „pokorne cielę dwie matki ssie”, ale ja gardziłem podobnymi „mądrościami ludowymi”. Kłóciłem się, byłem wredny, odpłacałem złem za zło, i zawsze mówiłem to, co myślę. W oczywisty sposób, zawsze przez to przegrywałem.

        Gdy babcia leżała w szpitalu, już nieprzytomna, a „pogrążona w żalu rodzina” otoczyła zwartym kręgiem szpitalne łóżko, ze zdumieniem zauważyłem, że jeden z moich braci, siedzi koło babci i głaszcze ją po ręku, mówiąc jakieś „uspokajające słowa”. To w ogóle nie było do niego podobne. To był tak niesamowity widok, jakby głodny, wściekły wilk kołysał do snu małe jagnię i nucił mu kołysanki. Znam mojego brata i wiem, że to było po prostu niemożliwe. A jednak się działo i ja na to patrzyłem. Nagle, ktoś zaalarmował, że palec na babcinej dłoni, z powodu przyciasnego pierścionka, strasznie spuchł i zrobił się siny. Babcia była nieprzytomna, ale poruszała tą ręką w jakiś bezładny sposób i było widać, że to ją strasznie boli. Krzyknąłem, że trzeba zawołać jakiegoś lekarza! Pielęgniarkę! Przecież w szpitalu mają odpowiednie narzędzia, niech to rozetną!

        Reakcja, przeszła moje najkoszmarniejsze wyobrażenia. Wszyscy ci ludzie zachowywali się, jakby byli pogrążeni w jakimś somnambulicznym transie. Patrzyli na mnie nieprzytomnym wzrokiem i w ogóle zdawali się nie rozumieć, o co mi chodzi. Pielęgniarka powiedziała, że „oni nie mogą tego zdjąć, bo nie mają czym”, a rodzina, zamiast użyć swoich wpływów (ja tam byłem nikim. Najniższym ogniwem łańcucha pokarmowego), po prostu gapili się tępo w przestrzeń. Palec zrobił się już intensywnie niebieski…

        Wybiegłem ze szpitala, wsiadłem w samochód i pojechałem na drugi koniec miasta, do domu, żeby wziąć stamtąd jakieś narzędzia. Po drodze, łamiąc wszelkie przepisy i osiągając prędkości, których sam bym się przekroczyć nie spodziewał, myślałem, jak to cholerstwo zdjąć. W końcu wziąłem parę nylonowych „trytek”, czyli opasek zaciskowych, takich, jakich się używa do wiązania kabli i szczypce do cięcia kabli, które oszlifowałem tak, by miały cienkie, śpiczaste ostrze. Przecięcie pierścionka takim czymś, byłoby dziecinnie proste, ale jak nie przeciąć przy tym palca?

        Gdy wróciłem do szpitala, wszyscy stali w tych samych miejscach (nie było mnie jakieś pół godziny) i tak samo tępo wpatrywali się w przestrzeń przed sobą. Wsunąłem dwie namydlone trytki pod pierścionek i w ten sposób odsunąłem go od palca, na jakieś dwa milimetry. To wystarczyło. Jedno cięcie, miękkie złoto dało się rozgiąć bez trudu. Palec po chwili zaczął blednąć i przybierać normalną barwę. Ktoś skwapliwie zabrał pierścionek i schował go, jakby w pośpiechu, do torebki.

        Babcia z pewnością nie miała pojęcia, kto ją uwolnił od tego bólu i nikt z obecnych, nie powiedział w moją stronę ani jednego słowa. Przeciwnie, miałem wrażenie, że zrobiłem coś złego, niszcząc brutalnie złoty pierścionek. „Drogą pamiątkę po babci”. Przez długi czas nie mogłem się otrząsnąć z szoku. Byłem przerażony tym, co zobaczyłem, w obliczu „ostatecznego”. Nie wiem, czy ktokolwiek w ogóle się zastanawiał nad takimi bzdurami, jak „sprawy ostateczne”, czy raczej większość myślała o tak ważkich zagadnieniach, jak kwestia pierścionka, lub to, kto ma prawo, by wejść do babci pokoju i „uporządkować rzeczy po niej”… 

 

 

        Od tamtych dni, minęło prawie dwadzieścia lat. Ja dawno wybaczyłem babci wszystko to, co uważałem, że złego mi wyrządziła. Modlę się czasami za nią i mam nadzieję, że też mi wybaczyła. Bo wielu wydarzeń, awantur, czy po prostu niepotrzebnych słów, żałuję i gdybym mógł ją przeprosić, to chętnie bym to zrobił. Jednak to, co stanowi najważniejszy morał tej całej opowieści, to słowa Świętego Pawła…

„Stoczyłem piękną walkę, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem”

        Myślę, że nieprzypadkowo je wtedy usłyszałem. Otóż… Uważam, że można popełniać błędy i to nie raz, ale przez większość swojego życia. Można pyskować, można się kłócić i można kogoś osądzać, często bardzo surowo i niesłusznie. Można się też odgrywać za wyrządzone krzywdy i można kogoś zupełnie na opak rozumieć. Świadomie, lub nie, co w tym pierwszym przypadku oznacza, że zawsze możemy udawać, iż nie rozumiemy. Można podkładać nogi i wywracać płotki na bieżni, tak, żeby cała reszta się na nich poprzewracała. Jednym słowem, można przez większość swojego życia, mówić ojcu – Nie!

 

        Ale tuż przed metą… Wszak Święty Paweł, nie zawsze był „święty”. Poniżej obraz, na którym ten gość po prawej, to właśnie Paweł, pilnujący ciuchów chłopakom, którzy kamienują Świętego Szczepana... Kto zna jego historię, wie, nie muszę tłumaczyć… Przed metą dobrze jest móc sobie powiedzieć „Stoczyłem piękną walkę”. Odwarknąłem ojcu, ale w końcu poszedłem i zrobiłem. Darłem koty z babcią, ale jechałem przez całe miasto, z prędkością dźwięku, żeby jej ulżyć w cierpieniu. Wyrzekłem się mojego ojca, ale wybaczyłem mu wszystko i odmawiam za niego różaniec. Niejeden. Myślę często o nim, próbuję go zrozumieć, w kontekście JEGO życia, nie mojego. Nienawidziłem całego mnóstwa ludzi, przebaczyłem im wszystkim. I to nie chodzi o to, że „musimy się nawrócić, bo meta blisko”. Nie ze strachu! Bo to wtedy nie miałoby najmniejszego sensu… 

 

 

        Słowa Świętego Pawła mają tak ogromne, destrukcyjne dla naszego egoizmu i dla naszej pychy, znaczenie, ponieważ uświadamiają nam, że nie ma nic słodszego i piękniejszego, niż powiedzieć o sobie, tuż przed końcem, „Stoczyłem piękną walkę, bieg ukończyłem”. Nie, na przykład – Boże, byłem skończoną kanalią, ale zobacz, zrobiłem to, to i tamto… Może więc jednak znajdzie się dla mnie jakaś nagroda? Jakiś rabacik na niebo, jakieś L4 od czyśćca, albo choć ciepła posadka w piekle?  

Nie…

        Po tysiąckroć, nie. Zazdroszczę Świętemu Pawłowi. Zazdroszczę mu, że on był naprawdę szczęśliwy i zadowolony ze swojego życia. Że mógł z czystym sumieniem spojrzeć Bogu w oczy i powiedzieć „Ojcze, wiary ustrzegłem”. Że był wojownikiem! A nie kundlem. Że nie płaszczył się przed nikim. Nie szukał kompromisów. Nie był konformistą. Nie tańczył jak mu zagrają i nie był „pokornym cielęciem”. Nie ustawił się w życiu, choć mógł. Zdaję sobie sprawę, że przy nim, jestem nikim. Choćbym nie wiem jak chciał, nie będę takim wojownikiem jak on. Ale moja duma, moje poczucie własnej wartości i moja świadomość, że choć trochę jestem do niego podobnym, każe mi przyjąć te słowa, jako własne zawołanie. Ja też chcę kiedyś powiedzieć!

        „Stoczyłem piękną walkę, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem”...

 






Komentarze

Popularne posty