Niby taka niewinna bajka, a jednak...
Oglądałem dziś rano australijską bajkę o psach. Głównymi bohaterami są tata, o imieniu Bandit, mama Chili, oraz dwie „dziewczynki”, Bluey i Bingo. Słowo „dziewczynki” dałem w cudzysłowie, ponieważ po pierwsze, mamy do czynienia z psami, więc poprawniej było by powiedzieć „suczki”, a po drugie, twórcy filmu zrobili wszystko, byśmy mieli wrażenie, iż Bluey jest chłopakiem. Bawi się jak chłopak, ma chłopięcy głos i bierze udział w zabawach, typowych dla chłopców.
To wszystko jest zrozumiałe, ponieważ Australia jest krajem opanowanym niemal całkowicie i nieodwracalnie, przez lewactwo. To w Australii pojawiło się najpierw takie pojęcie, jak „Theybies”. Najlepiej będzie, jak po prostu zacytuję fragment artykułu, jaki ukazał się na portalu PCh24.pl...
„Zapowiedź niedzielnego programu australijskiego „60 Minutes Australia”, poświęconego trendowi wychowania dzieci, które same wybiorą sobie płeć, zelektryzowało nie tylko Australijczyków, ale także opinię na całym świecie. Zwiastun obejrzało ponad 4 mln osób.
Australijski program ma rzucić światło na nowy trend panujący wśród rodziców pozostających pod wpływem genderowej propagandy. Chcą oni wychowywać dzieci bez uwzględniania płci biologicznej. Trend nosi nazwę „ „theybies” – połączenie angielskiego zaimka „oni” i słowa „dziecko”.
Jak się okazuje, ta koncepcja zyskuje na popularności od około 2018 r. i polega na wychowywaniu dzieci w oderwaniu od ich tożsamości biologicznej. Rodzice zwracają się do swoich pociech za pomocą zaimków: oni/one, kupują „niebinarne” ubrania i zabawki. Apelują do innych, by nie używali zaimków, zwracając się do ich dzieci – w sposób sugerujący płeć męską lub żeńską. Uważają, że jak dziecko podrośnie samo „wybierze” sobie płeć.
Jedna z kobiet w zwiastunie programu mówi: „Nie przypisaliśmy płci przy urodzeniu… Nie próbujemy wyeliminować płci, po prostu naprawdę pomagamy dzieciom znaleźć własną drogę do niej”. Inna stwierdziła „Pozwalam tej małej osobie być tym, kim chce być”.
Rodzice wymieniają się ubraniami i zabawkami. Starają się nie ujawniać płci swojego dziecka, by chronić je przed „zaszufladkowaniem w stereotypach związanych z płcią”.
Dzieci, które są świadome swoich części ciała i różnic od innych, mają nie kojarzyć tych części ciała z byciem chłopcem lub dziewczynką.
Eksperci ds. rozwoju pochwalili „szlachetną metodę rodzicielstwa otwartego na płeć”, jednak wyrazili obawy, że w zetknięciu ze światem zewnętrznym dziecku będzie bardzo trudno „utrzymać stan wolny od płci”. Zasugerowała tak m.in. Lise Eliot, profesor neurologii z Chicago Medical School. Obawia się ona zastraszenia i wykluczenia dzieci przez „konwencjonalne społeczności”.
Z kolei psycholog rozwojowy i pisarka Christia Spears Brown wyraziła ubolewanie z powodu powszechnego przygotowywania dzieci do wejścia niejako do „społeczeństwa, które ma obsesję na punkcie binarności płciowej” Przez to „niebinarne” dzieci będą miały problem w zetknięciu ze światem realnym, w którym „ludzie będą chcieli umieścić je w jednej z binarnych kategorii”.
Nowy trend dzieci wychowywanych w sposób „neutralny pod względem płci” zyskał na popularności w 2018 r., rok po tym, jak w kilku państwach zdecydowano nie podawać w aktach urodzeniach płci dziecka. Termin „theybies” po raz pierwszy użyto w 2017 roku. To nowa „socjalizacja genderowa”. Kwestionuje się istnienie dwóch płci biologicznych: męskiej i żeńskiej.
W USA niektóre stany przyjęły przepisy zezwalające na neutralne pod względem płci identyfikatory na aktach urodzenia np. Kalifornia, Kolorado, Connecticut, Waszyngton DC, Illinois, Maine, Michigan, Nowy Jork. Pojęcie „theybies” spotkało się z krytyką, iż jest to samolubny wybór ze strony rodziców, a ukrywanie płci przed innymi ludźmi jest szkodliwe i zwiększa prawdopodobieństwo znęcania się nad dziećmi.
W lipcu 2018 r. stacja NBC wyemitowała pierwszy program o rodzicach wychowujących „theybies”. Stacja uzasadniała decyzję tym, że ten rodzaj rodzicielstwa miał cieszyć się powszechnym zainteresowaniem w całym kraju i jest popierany przez ekspertów. Podano, że na Facebooku powstałą grupa „Theyby” dla rodziców, która liczy 220 członków w całych Stanach Zjednoczonych. Mimo tak marginalnej liczby osób, uznano, że warto promować tego typu „nowe normy” wychowywania dzieci z „płynną tożsamością płciową’.”
Żeby to dotarło do czytelników, pozwoliłem sobie podkreślić, pogrubioną czcionką, najbardziej przerażające zdania. Pierwsze z nich, od razu nas nokautuje. To znaczy... Mówiąc - nas - mam na myśli normalnych ludzi wyposażonych w mózg i zdolnych do samodzielnego myślenia. Bo jak inaczej (nie posługując się tym najbardziej elementarnym procesem, właściwym tylko Człowiekowi) zrozumieć absurd zdania „Nie przypisaliśmy płci przy urodzeniu…”? Ten bełkot jest podstawowym założeniem tzw „genderyzmu” i poza samym durnym stwierdzeniem, że „płeć nie jest przypisana przy urodzeniu”, nie niesie w sobie żadnego uzasadnienia, nawet próby wytłumaczenia, dlaczego mielibyśmy tak uważać. Jest to po prostu „fantastyczna teza”, stająca wbrew oczywistym faktom.
Wyobraźmy sobie, że widzimy kurę. Podchodzi do nas jakaś kobieta (umówmy się, że to jest kobieta) i autorytatywnym tonem stwierdza - To żyrafa. Jeśli rzeczywiście była by to żyrafa, można by było się zastanowić, czy ma długą szyję, wzrost około 4 - 6 metrów, cztery nogi, ogonek i czy jej skóra jest żółta, pokryta w większości brązowymi nieregularnymi plamami. Czyli można by było tą tezę jakoś uzasadnić. Tymczasem ona (ta kobieta) nic nie uzasadnia, nic nie analizuje, ani nie próbuje opisywać, tylko ogranicza się do nazwania kury żyrafą. „Tak jest, bo jest i basta...”
To nie ważne, że urodziłeś się chłopcem i posiadasz biologiczne cechy chłopca. Nie ważne, że jesteś chłopcem. Dla tej głupiej baby, jesteś żyrafą. Ale nie o tym miałem zamiar mówić...
Australijski serial o sympatycznej rodzinie psów, jest tak skonstruowany, żeby w jakiś, na pozór niewinny, sposób kształtować światopogląd maluchów. To nie jest nowa technika, w przeszłości powstało mnóstwo takich podejrzanych dzieł, z których najsławniejsze (przy czym jest to wyjątkowo zła sława) są tzw „Teletubisie”. Serial powstał w celu promocji zachowań homoseksualnych, a fioletowy kolor Tinky Winky, oraz jego antena na głowie, w kształcie odwróconego trójkąta, tudzież jego damska torebka, to symbole „gejowskie”. BBC, najbardziej lewacka i kłamliwa telewizja świata, oczywiście zaprzeczyła wszystkiemu, ale kłamstwo szybko wyszło na jaw, gdy sami zboczeńcy uznali oficjalnie Tinky Winky za ich reprezentanta i zaczeli się na swoich pedalskich paradach przebierać w jego kostium, a ponadto, Wild Brain, właściciel marki Teletubbies, zadeklarował swoje wsparcie dla społeczności lgbt oświadczeniem „Teletubbies Love Pride”. To wyjątkowa perfidia, wykorzystywać świat bajek do deprawacji tych najmniejszych i najbardziej bezbronnych, ale te sukinsyny nie cofają się przed niczym, a los dzieci jest im najzupełniej obojętny.
Ponieważ jednak, po pierwszych odcinkach „Bluey” podniosły się protesty rodziców, producenci serialu „spuścili nieco z tonu” i zrezygnowali z agresywnej indoktrynacji. Co nie oznacza, że zrezygnowali z niej w ogóle. Bluey nadal zachowuje się jak chłopak i nadal ma „niebinarne” zabawki, podobnie zresztą, jak jej młodsza siostra Bingo. Ponadto, daje się tu zauważyć jeszcze jedna tendencja...
W oglądanym przeze mnie ostatnio odcinku, dziećmi zajmuje się dziadek (Mort), który przyjechał specjalnie „ze wsi”, ponieważ rodzice musieli gdzieś wyjść. Najpierw chciał zapłacić taksówkarzowi, gotówką! na co jego „nowoczesna” córka, wyjaśniła mu z uśmiechem pobłażania dla jego ignorancji, że „takie sprawy załatwia się, włącznie z opłatą, przez internet. A właściwie, przez aplikację w telefonie”. Później dzieci bawią się z dziadkiem w restaurację, a ten nie może pojąć, że aby zrobić cokolwiek (zamówić jedzenie, zapłacić, a nawet obejrzeć telewizję, czekając na zamówienie), należy skorzystać z „apki” w smartfonie. Bluey rysuje mu odpowiednie ikony na wyciętym z papieru telefonie i... Dziadek łapie reguły gry, ale w końcu podrzuca Bingo (dostawcy jedzenia) krokodyla, którego dzieciaki nie mogą się pozbyć, więc muszą wezwać na pomoc „poskramiacza krokodyli”. Jak? Dziadek rysuje odpowiednią „ikonę” na swoim papierowym smartfonie, a Bluey przybiega, żeby podpatrzeć jak ona wygląda i też ją sobie „zainstalować”. Dopiero wtedy wzywa pomoc i dziadkowi udaje się „wyciągnąć” dzieciaki na dwór, żeby wyrzucić tego krokodyla... Wszystko pięknie, bo niby jest przesłanie, że dziadek stawia na zabawę na zewnątrz i udaje mu się, niejako „podstępem” przekonać do tego wnuczki, ale...
Wniosek, który mogą wyciągnąć z obejrzenia tego epizodu dzieci, a to przecież o nie chodzi, jest zgoła inny, niż wyciągnąłem go ja. Bo ja patrzę na to przez pryzmat mojego życia, które (mówiąc w dużym uproszczeniu) przygotowało mnie, by radzić sobie w większości sytuacji bez nowoczesnych technologii. Dlatego ja jestem „dumny” z dziadka Morta, zwłaszcza, że postawił na swoim i pokazał, że można bawić się bez smartfona, nie robiąc przy tym przykrości dzieciom...
Dzieci... Potraktują dziadka z takim samym pobłażaniem, jak ich mama, gdy zamówiła online taksówkę. Będą dumne z tego, że ich rodzice do wszystkiego używają „apek” i z tego, że choć są dziećmi, to już z grubsza wiedzą, jak zrobić to samo i nie mogą się doczekać, kiedy dostaną prawdziwego smartfona. W innym epizodzie, Muffin, mała, rozpuszczona kuzynka Bluey i Bingo (nawiasem mówiąc, również zachowująca się, jak chłopak i nosząca „niebinarne” imię), rozmawia z nimi przez internet, korzystając z tabletu, a gdy ojciec zabiera jej tablet, z jego telefonu. Gdy ojciec próbuje go odzyskać, ta ucieka, a do tego wtrąca się mama, która ma chyba inne zdanie na temat dawaniu dzieciom telefonów, w rezultacie robi się kłótnia, a smartfon ląduje w basenie...
Generalne przesłanie jest takie, że technologie są w porządku, że trzeba z nich korzystać, jak najwcześniej uczyć korzystania z nich, dzieci, a nawet, w miarę możliwości, „przekabacić” dziadków, żeby porzucili swoje średniowieczne zapatrywania i póki jeszcze żyją, zaznajomili się z postępem i dostosowali do niego. A jak to wygląda w praktyce? No cóż... Opowiem Wam, jak spędziłem dzień (ten sam, w którym oglądałem ów epizod), a zwłaszcza, popołudniowe zakupy w lokalnym „Lidlu”...
Poranek (ale nie mój) wygląda typowo. Wstajemy, budzeni aplikacją „budzik”, pierwsze, mętne jeszcze spojrzenie kierujemy na ekran smartfona, żeby sprawdzić, jaka dziś pogoda i w co mamy się ubrać. O, skończył się nam bilet autobusowy. Kupujemy nowy, oczywiście używając specjalnej apki (już trzeciej tego dnia, a jeszcze dobrze żeśmy się nie obudzili). Płacimy rzecz jasna apką banku, bez wpisywania hasła, bo o wszystkie troszczy się apka o nazwie... „hasła”. Następnie jemy śniadanie, zamówione często przez internet, i jedziemy do pracy. Po drodze kupujemy w jednej z sieciowych kawiarni kawę i płacimy aplikacją, która jest powiązana z aplikacjami innych sklepów, dzięki czemu, wydane w nich pieniądze, możemy zamienić na punkty, które następnie zamieniamy na kawę. Przez to, jest ona jakieś półtora procenta tańsza. Cudownie!
Nie wiem, co większość z Was robi w pracy, ale założę się, że jeśli nie macie kanapek (a pewnie nie macie), to kolejna apka pomoże Wam zamówić tak zwany „Lancz”. Bo „drugie śniadanie”, to pojęcie, którego raczej dziś już nikt nie używa. Która to już aplikacja? Siódma. Wracamy do domu i tu, czasami robimy zakupy... Moje wyglądały tak, że najpierw musiałem przejść przez elektroniczną, samootwierającą się bramkę, z podświetloną zieloną strzałką, żebym przypadkiem nie stanął w wejściowych drzwiach, nie wiedząc dokąd się udać. Drzwi też się otwierają same i słowo daję, że kiedyś widziałem, jak jakaś kobieta stoi przed tradycyjnymi, ręcznie otwieranymi drzwiami do sklepu i z miną wyrażającą skrajną bezradność, rozgląda się, kompletnie nie mając pojęcia, co począć. Bo się cholera nie chcą otworzyć!
Ale wróćmy do naszych zakupów. Nie będę opowiadał o tym, że snułem się przez dwadzieścia minut, pomiędzy tymi wszystkimi regałami, rozpaczliwie szukając czegoś, co nadawałoby się do jedzenia, bo to jest temat na osobną historię, ale od razu przejdę do kas. Te, są dwojakiego rodzaju. Tradycyjne, to znaczy z człowiekiem i automatyczne, samoobsługowe. Te z żywymi kasjerami są zazwyczaj zamknięte, albo jest otwarta jedna, a w automatycznych wolno płacić wyłącznie kartą. To służy obrzydzeniu ludziom gotówki, bo do tradycyjnej kasy jest zwykle dwudziestokilometrowa kolejka i nikomu się nie chce w niej stać, zwłaszcza, że na jej końcu czeka na Was otyła bezczelna dziewucha, która robi Wam ogromną łaskę, że raczy Was obsłużyć i na dodatek nie ma pojęcia, jak wygląda marchewka, więc może Wam „nabić” na kasę awokado, które jest pięć razy droższe.
Gdy przychodzi wasza kolej, jesteście zarzucani tysiącem bezczelnych pytań. W Lidlu, to tylko trzy. Czy płacicie kartą, czy gotówką, czy macie kartę „Lidl Plus” i czy chcecie złożyć dobrowolną dotację na rzecz walki ze zmianami klimatycznymi. Ach, zapomniałbym o pytaniu o paragon, bo przecież powinniście mieć na względzie los lasów deszczowych i emisję dwutlenku węgla, więc dobrze by było, gdybyście zrezygnowali z tego okropnego papierowego paragonu. A najlepiej, gdybyście zrezygnowali jeszcze z jedzenia i w ogóle z oddychania.
No i przede mną, jakiś tępak, robi to wszystko. Płaci kartą, szuka w smartfonie aplikacji „Lidl Plus”, próbuje kilka razy zeskanować kod QR, za jedenastym podejściem mu się udaje, później płaci aplikacją „Google pay”, jeszcze coś tam włącza i oczywiście, wielkopańskim gestem oświadcza, że „nie chce paragonu”. Następnie bierze tą całą truciznę, której nakupił pełny koszyk, idzie do swojego elektrycznego samochodu, sterowanego aplikacją w smartfonie, albo inną aplikacją zamawia taksówkę i udaje się do swojego „inteligentnego”, energooszczędnego, niskoemisyjnego domu, który tak naprawdę nie stanowi jego własności (pomimo, że płaci za niego kredyt, w wysokości znacznie przekraczającej jego wartość) i zabiera się za przygotowania do obiadu, a następnie do snu. Zacytuję Wam teraz fragment opowiadania Janusza Zajdla, bo uważam, że bardzo tutaj pasuje, a przy okazji, zaoszczędzi nam parę słów tłumaczenia...
„ Hm, a do kogo pan skieruje skargę, jeśli wolno spytać najuprzejmiej szanownego pana? - powiedział robot z nie tajonym sarkazmem. - Radziłbym raczej zająć się pracą, bo będzie jeszcze smutniej. Skończy się zupka, zakręcimy wodę spożywczą i gospodarczą, nawet światełko wyłączymy. Zostanie panu tylko kanalizacja, ale hi, hi! - na nic się nie przyda, gdy zupki nie będzie. No, to już, gotowe. Jak serduszko? Pompuje jak złoto. Niech pan oddycha ekonomicznie, powietrze coraz droższe, a pan niewypłacalny. Otrzymał pan kredyt tylko na potrzeby elementarne. Żadnych luksusów. I proszę się nie zaziębić, bo po odłączeniu od centralnego krwiobiegu żadne antybiotyki nie docierają do pańskiego organizmu. Do widzenia, panie 869113325!”
Powyższy monolog, został wygłoszony przez robota - montera, który przyszedł odłączyć pana 869113325 od centralnego krwioobiegu i centralnego systemu oddechowego. Gdy czytałem to opowiadanie po raz pierwszy, a było to gdzieś na początku lat 90, byłem autentycznie przerażony. Nie daj Boże - myślałem sobie - żeby coś takiego się wydarzyło, choćby w dalekiej przyszłości. Dobrze, że to tylko opowiadanie. Niestety, szybko okazało się, jak bardzo byłem w błędzie...





Komentarze
Prześlij komentarz