"Jesteśmy wszyscy w szczurzej alei, gdzie umarli stracili kości..."

Do badania szczurów, używa się labiryntów, które mają za zadanie sprawdzić ich zachowanie w określonych warunkach. Istnieją pewne standardowe ich odmiany, takie jak labirynt T, labirynt Y, labirynt krzyżowy, czy Barnesa (jest to po prostu dziura na jasnym tle, którą szczur ma odnaleźć, jako drogę ucieczki). Niektóre modele mogą mieć stanowiska paszowe do nagradzania zwierząt, a także mogą być używane (i najczęściej są) z systemami śledzenia wideo, co ułatwia monitorowanie i analizę zachowań. Z tego powodu, używa się do ich budowy przezroczystego tworzywa. Moduły mogą być łączone ze sobą w dowolny sposób, tworząc liczne warianty, rozgałęzienia i pułapki.
Wyobraźmy sobie, że mamy jakiś wycinek przestrzeni, niech to będzie łąka, albo inne pole i musimy się dostać z punktu A, do punktu B. Oczywiście widzimy to B, więc możemy sobie mniej więcej wyobrazić drogę. W naturalny sposób, ta droga będzie jak najbardziej zbliżona do linii prostej, bo niby czemu miała by nie być, ale ponieważ mogą tam być jakieś naturalne przeszkody, w rodzaju drzew, większych krzaków, albo rzeki, mającej most w miejscu, które akurat nie leży na tej prostej, więc nasza droga będzie nieznacznie zbaczać, to w lewo, to w prawo.
Gdyby w podobnej sytuacji postawić szczura (w punkcie A) i umieścić na przykład kawałek smakowitego boczku w punkcie B, to jest jasne, że jego droga również była by zbliżona do linii prostej. Jeśli jednak zabudujemy całą tą przestrzeń skomplikowanym labiryntem, szczur się będzie musiał nielicho natrudzić, zanim znajdzie właściwą drogę. Oczywiście jest to (z punktu widzenia szczura, niepotrzebne) utrudnienie, ale stawiamy je na jego drodze, ponieważ chcemy eksperymentalnie zbadać jego zachowania w określonych sytuacjach. Na przykład labirynt Barnesa (ten z dziurą w podłodze) służy ocenie uczenia się przestrzennego i zapamiętywania. Z kolei moduł krzyżowy, sprawdza lęk przestrzeni u szczura, który ma do wyboru dwa ramiona skrzyżowania otwarte i dwa zamknięte. W zależności od tego, ile czasu (i czy w ogóle) szczur spędza w ramionach otwartych, ocenia się, jak bardzo boi się otwartej przestrzeni...
Tyle, że te badania są nam potrzebne. Nie bardzo wiem do czego, ale z całą pewnością robi się je w jakimś celu. Czy widzicie jakiekolwiek uzasadnienie, by podobne eksperymenty robić na... Ludziach? Czy istnieje sens instalowania skomplikowanych utrudnień na drodze, pomiędzy punktem A, i punktem B, w odniesieniu do ludzi? Wydawałoby się, że nie. W każdym razie, z pewnością nie chcielibyśmy, żeby ktoś stawiał pod znakiem zapytania nasze człowieczeństwo i naszą wolność, urządzając sobie naszym kosztem podobne zabawy.
A jednak... Nasza cała cywilizacja, nasza rzeczywistość, w której żyjemy, jest właśnie takim labiryntem. Spróbujmy sobie wyjaśnić, jak to działa i dlaczego w ogóle jest. Nie musimy udowadniać, że jest, bo to akurat, jest niezaprzeczalnym faktem, który mimo wszystko, postaram się uzasadnić.
Najłatwiej to pokazać, porównując dwie różne epoki historyczne, na przykład Średniowiecze i wiek XXI, czyli czasy obecne. Wyobraźmy sobie, że musimy dostać się z punktu A, czyli naszego domu, do punktu B, czyli do chłopa hodującego kury, ponieważ chcemy uzupełnić zapas świeżych jaj, na omlety, jajecznice i ciasta, na cały tydzień, albo i dwa. Dziś, to będzie po prostu najbliższy supermarket...
Wsiadamy na kobyłę, albo zaprzęgamy ją do wozu, krzyczymy - Wio! - i jedziemy. Powiedzmy, że po jakichś kilkudziesięciu minutach jesteśmy na miejscu, dajemy chłopu dwa dukaty, ładujemy jajka na wóz i wracamy do domu. Po drodze zahaczając o rzeźnika i miejscowego wytwórcę trunków. Wieczorem raczymy się jajecznicą na boczku, popijając to garncem krzepkiego piwa, tudzież szklanicą trójniaka. W towarzystwie rodziny i przyjaciół, rzecz jasna...
Tak właśnie by było, gdybyśmy żyli w Średniowieczu. Dziś, jest to dużo bardziej skomplikowane. Zacznijmy od środka transportu. Jeśli jest to samochód, musimy mieć sam pojazd, spełnić szereg wymogów, żeby się nim poruszać i możemy się nim przemieszczać w bardzo ograniczonym zakresie. Czyli w „tunelu - labiryncie”. To ostatnie, przyszło mi do głowy, gdy wyjechałem z rodziną właśnie na zakupy, z jednego miasteczka, do drugiego, obok. Odległość pięć mil. I tylko dwie drogi. Ponieważ jedna z nich była zamknięta, z powodu „robót”, więc druga była zakorkowana po brzegi. Stoimy, przed nami rondo i sznur samochodów. Za rondem, prosto, roboty drogowe. W lewo, droga, w którą my chcemy skręcić. Pusta. To jednak nie ma znaczenia, ponieważ i tak blokują nas ci, którzy jadą prosto. A ominąć się ich nie da. Miałem nawet taką myśl, żeby „ściąć” po trawniku i pojechać w lewo, ale się nie da, bo są wszędzie barierki (przypuszczam, że właśnie po to), a gdyby ich nawet nie było, to wszędzie są kamery i takiej zbrodni, jak przejechanie po trawniku, nikt by mi nie darował. Zapłaciłbym grzywnę, a być może stracił prawo jazdy...
Pomyślałem sobie wtedy - do diaska, gdyby to było Średniowiecze, po prostu przejechałbym obok. Nie było wtedy korków, to prawda, ale nie było też barierek i systemu „tuneli”, które umożliwiały poruszanie się wyłącznie, ściśle określonymi drogami. Gdyby ktoś chciał powiedzieć, ze w Średniowieczu nie było też samochodów, a teraz jest dużo, więc ich ruch musi być jakoś regulowany, odpowiem, że owszem, wcale nie musi być ich dużo. Wystarczyłaby tak gdzieś jedna trzecia. Pospólstwo, emeryci i większość kobiet, nie musi mieć samochodu. A raczej nie musiałaby, gdybyśmy żyli w normalnych czasach, kiedy praca jednego tylko członka rodziny, a mianowicie ojca, wystarczałaby na utrzymanie wszystkich i to na wysokim poziomie. Gdyby emeryci nie byli wyrzuceni poza nawias rodziny, jako osobniki niepotrzebne i gdyby w ogóle rodzina, była chronioną i szanowaną „podstawową komórką społeczną”.

Feministki mogą się zamknąć, bo to nie do nich. To właśnie one sprawiły (sterowane przez różne „postępowe ruchy”), że współczesne kobiety zostały „obdarte” ze swoich praw. Bo wychowywanie dzieci i prowadzenie domu, to jest prawo i przywilej, a nie żadna dyskryminacja. No, ale feminizm, to zbyt obszerny temat, by go tutaj omawiać. Wracając do samochodów, one są potrzebne tym, którzy pracują i przemieszczają się sami, lub przewożą towary, na większe odległości. Dwa, albo trzy samochody w rodzinie, to zbytek. Oczywiście przy założeniu, że kobieta, korzystając ze swoich praw, nie musi jeździć do pracy. Wyjątek stanowią te panie, które są lepsze w niektórych zawodach, od mężczyzn. Jak na przykład pielęgniarki, czy akuszerki.
Pospólstwo też nie musi mieć samochodu. Transport publiczny wystarcza w zupełności. Gdy byłem mały, podróżowaliśmy pociągami, autobusami, a na mniejsze odległości, na własnych nogach. Ubocznym efektem, był praktyczny brak grubasów. Dziś się rozleniwiliśmy do tego stopnia, że do sklepu za rogiem musimy odpalać nasze cztery kółka. Emeryci, nie wyrzuceni poza nawias społeczeństwa, poza nawias rodzin, odbierają dług od swoich dzieci i wnuków. Nie muszą jeździć na żadne zakupy, a jak chcą się gdzieś ruszyć dalej, to dzieci babcię podwiozą. Na dworzec kolejowy... Gdyby tak było, to znaczy, gdyby społeczeństwo było normalne, ilość pojazdów spadłaby do liczby, jaką pamiętamy mniej więcej z lat 70. A wtedy nie było by ani korków, ani kretynów na drodze, co uczyniłoby cały ruch bezpieczniejszym i przyjemnym.
Na razie, omówiliśmy tylko problem liczby samochodów. Zastanówmy się teraz, co w ogóle musimy zrobić, żeby gdziekolwiek pojechać. Gdy jesteście dzieckiem, albo osobą niedorozwiniętą umysłowo, myślicie, że koszt podróżowania samochodem, to tylko cena samego pojazdu i cena paliwa, które ten pojazd zużywa. Ewentualnie sporadycznych napraw. Tymczasem musicie jeszcze zapłacić podatek od jego kupna, podatek od jego używania, zwany podatkiem drogowym, karę za zanieczyszczanie środowiska (już niedługo) karę za emisję CO2, zawartą w cenie paliwa (nie wspominając o akcyzie i jeszcze jednym podatku zawartym w cenie tego samego paliwa), ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej, ubezpieczenie pojazdu, no i kiedy pojazd się zestarzeje, ogromną opłatę za zezłomowanie. A, zapomniałbym o takich drobiazgach, jak przegląd, czy opłaty za korzystanie z niektórych dróg i autostrad...
Do tego, zanim się dotkniecie do kierownicy, musicie zrobić kurs na prawo jazdy, który tani nie jest, a za każdym rogiem czekają na was policjanci z drogówki, których celem, wbrew temu co się sądzi, nie jest utrzymanie bezpieczeństwa na drogach, tylko ograbienie was z pieniędzy.
Dla porównania, przypomnę, że podstawowy środek komunikacji, stosowany masowo w Średniowieczu, czyli koń, nie wymaga prawa jazdy, nie potrzebuje ubezpieczenia, nie płaci się za niego podatku, nie trzeba mu robić przeglądu technicznego, jest to pojazd praktycznie bezemisyjny, ekologiczny, cichy, nie potrzebuje specjalnych dróg, no i nie ma problemów z recyklingiem. Trza mu ino dać żreć i zapewnić jakiś dach nad głową.
Wniosek jest następujący. Gdy żyjesz w Średniowieczu i chcesz wykonać jakąś jedną czynność, czyli wybrać się na zakupy, to wsiadasz na konia i udajesz się na zakupy. Gdy chcesz to zrobić dziś, musisz wykonać jeszcze co najmniej kilka, a czasami kilkadziesiąt innych czynności, które w ogóle nie są ci do niczego potrzebne. Nie chcę płacić ubezpieczenia, dziesięciu różnych podatków, akcyz i mandatów, które są usankcjonowanym rabunkiem i niczym więcej. Nie chcę, ale nie mam wyjścia, bo system jest tak skonstruowany, że władza ma prawo zabrać mi dosłownie wszystko, z wolnością włącznie, jeśli będę chciał się wyłamać. To samo dotyczy właściwie każdej dziedziny życia. Na przykład płatności... W Średniowieczu miałbym sakiewkę, a w niej dukaty i po ptokach. Gdyby na gościńcu napadł mnie zbójca i pod pretekstem zbyt szybkiego galopu próbował ograbić mnie z pieniędzy, do dostałby po głowie i na tym by się skończyło. Dziś, spróbujcie odmówić mandatu. Sami sobie wezmą. Mając pieniądze w banku, tak naprawdę ich nie macie. Możecie ich używać, ale nie są one wasze i w każdej chwili, każdy złodziej, który stanowi część systemu, może te pieniądze po prostu wyjąć z waszej nieistniejącej kieszeni, a wy mu nic nie możecie zrobić. Mało tego, gdy rząd dojdzie do wniosku, że macie „za dużo” oszczędności, może wam je zabrać. Wszystkie, albo ich sporą część, w formie tak zwanego „podatku od wzbogacenia”.
Nadal uważacie, że Średniowiecze było mroczną, złą epoką? To powiedzcie mi, w której z epok było więcej wolności, w której mogliście podążać od punktu A do punktu B, dowolną, wybraną przez was drogą, a nie labiryntem dla szczurów, w której epoce mogliście robić to, na co mieliście ochotę i to bez tysiąca innych czynności, które są wam niepotrzebne, ale i tak musicie je wykonać? Znacie ten dowcip o handlarzu, który sprzedawał konia za złotówkę, ale pod warunkiem, że ktoś go kupi w komplecie z siodłem. Siodło kosztowało 30 tysięcy... Tylko że konia mogliście kupić, albo i nie. A my tu mówimy o czynnościach, z których nie możecie zrezygnować. Mówimy o zapłacie za swoją pracę, o przemieszczaniu się, o jedzeniu, ubieraniu, dachu nad głową...

Skoro już wspomniałem o dachu, to tu się dopiero dzieje prawdziwy armagedon. Zacznijmy od tego, że nie możecie sobie ot tak, wybrać miejsca, które się wam podoba i zbudować na nim dom. Tak, to było w Ameryce i to dawno temu. Gdy Wojciech Cejrowski dostał od farmera kawał ziemi i mógł na tej ziemi sobie zbudować, co mu się żywnie podobało.
Dziś, od tego zacznijmy, że nie wolno ci postawić nawet garażu, nawet komórki na narzędzia ogrodnicze, bez odpowiedniego pozwolenia. O ogromie formalności, akcyz, licencji, podatków, certyfikatów, bez których nawet nie wolno ci położyć kamienia na kamieniu, nawet nie wspomnę... Budowlańcy, którzy maja prawo zbudować dom, kiedyś musieli się trzymać planu architekta. Tylko że dziś, ten plan uwzględnia (musi uwzględniać) tysiące lewackich wymysłów, jak energooszczędność, zeroemisyjność, neutralność węglowa (to wszystko jedno i to samo), wielokulturowość, zrównoważenie, dostosowanie do osób niepełnosprawnych, do osób obciążonych różnymi dewiacjami, oraz mnóstwo, mnóstwo innych. Drewno użyte do budowy musi być z „dobrze zarządzanych lasów”, gwoździe najlepiej, jakby były z recyklingu i tak dalej...
Oficjalnie chodzi o to, żeby chronić planetę i środowisko, ale to brednie. Zmiany klimatyczne to bełkot obłąkańców spod znaku sierpa i młota, a te wszystkie certyfikaty, to pretekst, żeby mafia o nazwie unia europejska, mogła was ograbić z waszych pieniędzy.
Owszem, w Średniowieczu też trzeba było dostać, albo kupić ziemię i mieć trochę forsy na zbudowanie domu, czasami według jakiegoś projektu, ale to w zasadzie było wszystko. Drzewa wycinało się z pierwszego lepszego lasu, kamienie brało z pobliskich kamieniołomów, albo zbierało na polu, stawało się z rodziną, albo z wynajętymi pomocnikami, brało siekiery i młotki w garść i się budowało. Chatka na kurzej stopce? Proszę bardzo. Wieża z wykuszami, albo chałupa w kształcie kalosza? Czemu nie. Dziś, żeby wymienić okna, pomalować elewację, czy dobudować werandę, trzeba mieć pozwolenie od „instytucji państwowych”, co po pierwsze nie jest za darmo, a po drugie, czeka się na decyzję miesiącami. Czasami odmówią, bo wykopali jakiś durny przepis mówiący, że nie wolno czegoś tam zrobić i wtedy ratują nas łapówki. Nie jest tajemnicą, że dziś, zanim wbije się po raz pierwszy, łopatę w ziemię, trzeba przejść przez piekło i wydać fortunę. Na nic! Na jakieś abstrakcyjne „potrzeby”, które wcale potrzebne nie są. To się nie mieści w głowie, ale wy się już do tego absurdu tak przyzwyczailiście, że jak zamienią wam klatkę z małej, takiej pół na pół metra, na większą, piejecie z radości i krzyczycie - Taaak!!! Wooolność!!! - nie mając pojęcia, że istnieje, bądź istniało kiedyś życie bez klatki.
Niestety, wy sami wybieracie sobie życie w klatkach. Niektórzy z was wierzą, że to jest postęp, i starają się żyć zgodnie z przepisami, wypełniając skrupulatnie wszystkie pozwolenia, dokumenty, chodząc w maskach, gdy wam każą, zatruwając swoje życie substancjami chemicznymi, o których składzie i pochodzeniu, nie macie najmniejszego pojęcia, czy kupując żarówkę z wifi, po to, żeby „mieć oświetlenie w domu pod kontrolą”. Efekt tego jest taki, że ci, którzy wami rządzą, zmniejszaja powierzchnię klatek. Dokładają do pomieszczenia ze szczurami kolejne moduły labiryntu i patrzą, ile jeszcze da się z was wycisnąć.
To jest oczywiście temat, na który można napisać książkę. Wspomniałem tylko o dwóch małych wycinkach rzeczywistości, o transporcie i o budowaniu domu. Gdzie cała reszta? Gdzie edukacja, gdzie przemysł zdrowotny, gdzie skażenie żywności truciznami, gdzie zanieczyszczenie elektromagnetyczne, gdzie techniki eugeniczne, które w połączeniu z odpowiednią „edukacją”, doprowadzają do śmierci stu milionów istnień ludzkich, rocznie...
Myślicie, że w Średniowieczu ludzie się prali w różnych wojnach, dźgali włóczniami, rąbali toporami i ogólnie była to niekończąca się rzeź. Tak mówią podręczniki historii. Tyle, że w takiej wojnie, brali udział zawodowi żołnierze i ginęło ich najwyżej parędziesiąt tysięcy (jeśli bitwa była poważna). Zazwyczaj jednak, trupy liczono w dziesiątkach, może setkach. Dziś, na skutek samych tylko aborcji, unicestwia się ponad czterdzieści milionów, rocznie. Tak zwana „opieka zdrowotna” jest odpowiedzialna za śmierć kolejnych dziesięciu milionów. I tego oczywiście nikt nie widzi. Powody są zasadniczo dwa. Po pierwsze, przy tej liczbie ludzi na świecie, w porównaniu do czasów średniowiecznych, wymordowanie pięćdziesięciu milionów, nie jest prawie w ogóle widoczne. Po drugie, współcześni mordercy nie są brodatymi rosłymi chłopami uzbrojonymi po zęby, tylko uśmiechniętymi, wykształconymi osobnikami, w białych fartuchach i lateksowych rękawiczkach.
I mówią nam, że to wszystko dla naszego dobra...
Jak to się zaczęło? Otóż Twarda rzeczywistość wobec której stanęła zachodnia lewica w drugiej połowie lat 60-tych była prosta: Przywódcy rewolucji kontrkulturowej tracili lawinowo poparcie społeczeństwa, a szczególnie ludzi pracy, dla których żyjący z pieniędzy rodziców i z państwowych stypendiów, ale uparcie demonstrujący studenci byli po prostu bandą rozkapryszonych nierobów. Jej społeczną bazę stanowiła bezideowa, spragniona zabawy część młodzieży akademickiej, jej kadry tworzyła niewielka grupa aktywistów, która radykalizowała się zmierzając w kierunku terroryzmu, racjonalne i ideologiczne podstawy krytyki starego systemu były coraz bardziej wątpliwe, kapitalizm okazywał się elastyczny, atrakcyjny i demokratyczny.

Z kolei przywódcy zachodnich partii komunistycznych zostali skonfrontowani z częściową przynajmniej prawdą o staliniźmie, doktryną Breżniewa i pierwszym przypadkiem, gdy ich moskiewska centrala czołgami rozjechała Praską Wiosnę, która nie była powstaniem społeczeństwa przeciw komunistycznej władzy, ale likwidacją własnej wewnętrznej opozycji próbującej zreformować komunizm i uczynić go akceptowalnym dla ludzi. Mowiąc skrótowo, inwazja na Czechosłowację w 1968 r. była inwazją na „nową lewicę”, czyli nadzieję zachodniego marksizmu.
Perspektywy wywołania i zwycięstwa rewolucji na Zachodzie były coraz mniejsze, a realne szanse na przejęcie władzy żadne. Rozwiązania wymagał więc nie tylko problem rozbicia istniejącego systemu, ale też wymyślenia nowego, oraz powołania kadr, które miałyby ten system budować. Wtedy (w roku 1967) pojawił się niejaki Rudi Dutschke (wyjątkowo parszywa gnida) i przedstawił genialny plan, nazwany później „marszem przez instytucje”. Jego hasłem było „wywrócić cały ten kram do góry nogami”. Chodziło o to, że skoro frontalny atak rewolucji na istniejący porządek, zakończył się klęską, to należało wprowadzić swoich ludzi do środka wszystkich instytucji tego porządku i rozwalić je od środka. Nietrudno się domyślić, że priorytetem stał się Kościół Katolicki. Rzecz jasna, w kontekście rewolucji neomarksistowskiej, „instytucja” nie oznacza urzędu, biura, ministerstwa, czy wyższej uczelni, ale małżeństwo, rodzinę, wspólnotę, religię, naukę, sztukę i tak dalej. Chodzi o instytucje społeczne.
Marsz przez instytucje objął wszystkie dziedziny życia, znienił paradygmat nauki, stwarzając „system gwarantowanej wiedzy”, wykreował nowy schemat życia społecznego (szamanizm), czyli nową definicję prawdy, a przede wszystkim przeobraził najważniejszą instytucję określającą system wartości, czyli religię i reprezentujący ją Kościół...
Jedną z najgenialniejszych książek stulecia, opisujących szatańską ideę marksizmu, jest Folwark Zwierzęcy Orwella. I nie chodzi tylko o to, że zwierzęta z roku na rok, żyły w coraz bardziej podłych warunkach. „The point”, jak mówią Brytyjczycy jest w tym, że one nie mają pojęcia, jak właściwie się im żyje, poniewaz nie mają punktu odniesienia. Wszelkie punkty odniesienia zostały zlikwidowane. W „Roku 1984”, tego samego Orwella, jest specjalna instytucja zajmująca się „poprawianiem historii”. Jeśli jakiś fakt z przeszłości stawia w złym świetle system, usuwa się go ze wszystkich archiwów, z książek i z gazet, oraz zastępuje innym. Przecież dokładnie to robi obecny (realny) system! Jeśli historia świadczy przeciw systemowi, historię się zmienia. Na szczęście dla nas, wszystkiego (jeszcze) nie da się zmienić, więc ta prawdziwa wiedza jest dostępna. Trzeba jej tylko poszukać i przede wszystkim, trzeba chcieć poznać prawdę. Niestety, jesteśmy wychowywani w taki sposób, żeby prawda jawiła się nam, jako coś nudnego, zakurzonego i niepotrzebnego. Gdy jednak znajdzie się ktoś, kto uparcie chce się tej prawdy dowiedzieć, mówi się o „rozgrzebywaniu ran, o mowie nienawiści, o polowaniu na czarownice” itd.
Po co o tym piszę? Sam nie wiem. Może po prostu taką mam wewnętrzną potrzebę. Napisano już wystarczająco wiele. Każda kolejna książka, podkast, czy film, już nie wniesie niczego nowego. Ludzie nie chcą znać prawdy, a ci, którzy chcą, znajdą ją i wykopią choćby spod ziemi. Jeśli szukasz prawdy, nic cię nie jest w stanie zatrzymać. Jeśli masz zabetonowany umysł i uważasz, że twoja wiedza jest skończona, to choćbym nie wiem jak pięknie pisał i jak mocne miał dowody, niczego to nie zmieni. Tkwisz w klatce i nie masz pojęcia, że istnieje świat poza tą klatką. Poruszasz się w sieci tuneli i skrzyżowań, zrobionych z przezroczystego tworzywa, żeby można było śledzić twój każdy krok i wygląda na to, że jesteś po prostu szczurem. A ja, patrzę na cały twój świat z lotu ptaka i czuję się bezsilny... Bo widzę punkt A, punkt B i widzę ciebie, jak się miotasz w plątaninie tuneli i... Chciałbym ci jakoś pomóc, powiedzieć, ale nie mogę. To znaczy, mogę, ale nie będziesz chciał mnie słuchać... Szkoda. Cholerna szkoda...







Komentarze
Prześlij komentarz